CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Znowu w dorgę (5)

27 lipca 2005 Indie 2005

Środa, 27/07/2005, przez Turcję (5)

Budzi mnie duszne gorąco z ulicy, na dworcu Sirkeci spotykam dwóch polaków, wracają z objazdu dookoła Turcji. Chwilę gadamy, potem przeprawa Na Drugą Stronę, do Azji. Plan jest taki: kolejką podmiejską i dalej autostrada. Na trzech peronach koło siebie stoją trzy gotowe do startu składy. Wybieram środkowy, najwięcej ludzi w nim, pewni odjedzie ostatni. Ruszam długo po tym, kiedy zgodnie z prawami Murphy'ego najpierw wystartował ten z lewej, a potem ten z prawej, prawie pusty. Jadę, ziewam ostentacyjnie, wyglądam przez okno, aż nagle pociąg na kolejnej stacji ruszył... do tyłu. Znaczy - jestem na miejscu. Perfekcyjnie, kilkadziesiąt kroków od stacyjki biegnie autostrada, szerokie pobocze. Minęło czasu mało-wiele, zatrzymałą się Toyota, angielskojęzyczna. Kierowca spędził studenckie lata w USA, poznał kraj dość dokładnie, potem wrócił do ojczyzny i zajął się tym, o czym zawsze marzył: hurtownią wina. Zaprasza na koszt firmy do burger kinga, zostawia wizytówkę, prosi o telefon, kiedy dotrę do Indii.

Wysiadam na trakerskim parkingu już poza miastem, czeka kawalkada 5 cystern. Na migi dogaduję się, pod Ankarę spokojnie z nimi dojadę. Kierowcy - rubaszni, sympatyczni, weseli. Gula mi skacze, kiedy na pierwszym zjeździe opuszczają autostradę. Ciężko się dogadać, ale chyba pojadą darmową drogą wzdłuż autostrady, trochę wolniej, trudno. Pół godziny później zatrzymują się na stacji benzynowej, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby ta stacja posiadała dystrybutory z paliwem. Zamiast nich na zapleczu posiada dużo 50-litrowych kanistrów, w których znika paliwo z cystern. Goście kroją na potęgę, cały czas paląc papierosy. W końcu ruszamy dalej, niestety - niefart, przed nami dość wysokie góry, a TIR szybciej niż 15km/h nie pojedzie. Wyprzedza nas absolutnie wszystko. Klnę na czym świat stoi, spieszy mi się do Syrii, a nawet wysiąść - stromo i ciasno. W dodatku ta droga obsługuje wyłącznie ruch lokalny.

Późnym popołudniem pojawia się szansa, zjazd na autostradę, bramki-opłaty. Dziękuję i zmywam się, pierwsze auto zatrzymuje się. Białą astra z klimą, w środku 4 gośći, zwalniają dla mnie miejsce koło kierowcy i dociskają z góry plecakiem. Całości dopełnia pracująca na maksimum klimatyzacja, skierowana prosto w moją twarz; jedziemy do Ankary! Deja-Vu, wysiadam na rozjeździ pod ankarą. Miejsce i pora dnia dokładnie jak rok temu. Obserwuję piękny zachós słońca, macham na auta, rozmawiam z księgową przez tel.

Historia się powtarza, jak rok temu, tak i w tym roku około 20:00 zbiera mnie TIR do Aksaray, gdzie wysiadam o północy. Brzydkie, ruchliwe miasto, suchy i gorący wiatr - oddech pustyni, pył i krzaki "westernowo" toczące się przez szosę. Pierwsza godzina mija mi na dziarskim marszu za miasto. Potem mój entuzjam mija, spać, ale nie ma gdzie, a końca nie widać, jakieś zakłady, magazyny, garaże, wszystko tętni życiem mimo późnej godziny. Macham ręką i zatrzymuje się dacia, czterech gości wysiada, idą do mnie. Ocho, będzie mordobicie - myślę - i szeroko się do nich uśmiecham. Są nauczycielami angielskiego, trzymają się razem przez całe ichniejsze liceum oraz studia, jada do Konyi odwiedzić piątego, któy odpadł, ślub. Dostaję zaproszenie na imprezę, wsiadam do dacii i 500m dalej ich droga odbija w prawo. Na myśl o dalszym marszu nietęgo mi, ale trzeba. Zdybałem ciężarówkę stojącą na poboczu i choć właściciel nie był specjalnie zadowolony, lokuję się w środku. Na szczęście bariera językowa chcroni mnie przed jego głośno wyrażonym brakiem entuzjazmu. Kiedy jednak dowiaduje się, że jestem z Polski, zmienia nastawienie, częstuje mnie szlugami, trąbi na każdy mijający samochó i pyta kierowców, czy nie zabiorą mnie dalej.

Jakiś czas później skręca do przydrożnej fabryki, wysiadam, fajnie, z jednej strony ogrodzone tereny przemysłowe, z drugiej jakiś pagór i żywej duszy, świateł, nic. Z góry fabryka po drugiej stronie wygląda niczym "command&conquer" ze żniwiarkami cały czas kursującymi przez główną bramę. Wieje silny pustynny wiatr, chowam się za plecakiem i zapadam w kamienny sen. W gruncie rzeczy, to był dobry dzień; kawał drogi za mną.

Gwar wielkiego miasta (4)
Syria, koniec cywilizacji (6)