CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Wtorek, 2.V.2006, Neapol

2 maja 2006 Włochy 2006

Śpimy długo, budzi nas gorąco, tu już słońce mocno grzeje. Niespiesznie śniadamy przed stacją, prysznic w umywalce. W samo południe pierwszy spytany kierowca zabiera nas pod Neapol. Żeby nie było, znowu BMW i znowu szybkie dość.

Wysiadamy, kierowca stawia nam kawę. Mocna, aż gęsta, ale ilościowo słaba: mniej więcej jeden naparstek. Nagabujemy kierowców, a nas nagabuje dwóch gejów myjących szyby. Sępią od nas szlugi i mało sympatyczni są. Słyszymy swojskie "gdzie jedziecie chłopaki", za nami otwiera piwo facet o aparycji inżyniera z petrobudowy. Jak się okazuje, jedzie do Neapolu, ale najpierw musi dopić swoje piwo (już ósme dziś), bowiem po wczorajszym pan się średnio czuje. Całe szczęście, zajeżdża transit na kieleckich blachach, ze środka wyskakują dwie energiczne kobiety w średnim wieku i to właśnie z nimi się zabieramy do celu, poznając po drodze kilka sztuczek obniżających koszty autostrady.

Wysiadamy na Garibaldim, spory plac przed neapolitańskim dworcem kolejowym. Pod niskimi palmami na kartonach siedzą polscy i rumuńscy menele, dzięki nim ten fragment miasta cieszy się fatalną sławą. Ruszamy ulica Corso by potem odbić w kierunku portu. Jest gorące, gorące słoneczne popołudnie, miasto aż kipi temperamentem, gwarem, życiem. Szwędamy się w porcie aż znajdujemy biletrię. Niestety, promy do Palermo są zbyt drogie i z żalem odpuszczamy Sycylię.

Dzień chyli się ku zachodowi. Wyruszamy na poszukiwanie garnka, bowiem obiecujemy sobie spagetti (pasta di pomidoro, makaron i mozarella) juz od początku wyjazdu. Nabywam stalowy garnuszek, oraz komplet sztućców w małym żelaźniaku, a w hipermarkecie nieopodal resztę składników. Instalujemy się w pobliżu bastionu przy wybrzeżu, pod karbowaną basztą.

Obiad się gotuje, wina ubywa, zapada zmrok. Jest ciepło, pogodnie. Ulice pulsują rzeką samochodów i skuterów. Miasto jest położone dookoła zatoki, teren wznosi się wraz z odległością od brzegu. U góry widać park, a w nim pałacowe zabudowania, wymarzone miejsce noclegowe. Nie ma pośpiechu, trzeba odpocząć, posiedzieć, pogadać. Późnym wieczorem ruszamy dookoła bastionu napotykając port jachtowy a kawałek dalej coś jakby forum:

To dobre miejsce by posiedzieć. Potem ruszamy kierując się w górę wąskimi ulicami. Kilku ragazzi kręci jointa obok, dowiadujemys śię od nich, że całodobowy sklep jest w okolicach Gesu (czytaj "Dżezu"). Wizja zimnego piwa dodaje nam skrzydeł, giniemy w labiryncie wąskich, kamiennych uliczek, miasto jest tu piękne i poplątane. Sklep znajduje się sam, inny niż poszukiwany, ale zaopatrzony odpowiednio. W sąsiednim zaułku Katarzyny z Sienny konsumujemy browary.

.

Zostawiamy butelki w koszu na śmieci i ruszamy dalej, w górę. Najpierw znajdujemy sympatyczny taras widokowy:

a potem mały, dziki gaj pomarańczowy. Zaczynamy ucztę owocową, którą przerywa nam wataha dzikich kundli. Trzymają się w pewnej odległości i szczekają, a echo odbija się wielokrotnie od ścian budynków. Zapalają się światła, ludzie wyglądają z balkonów, a psy szczekają i szczekają. Przez dobrą godzinę próbujemy przeczekać, ale poddajemy się i ruszamy dalej. Sytuacja jest niewesoła, kręte wąskie uliczki nie dają szans na spokojny nocleg. Dopiero nad ranem docieramy do placu zabaw, drzewa i płaski teren wystarczą, padam na pysk i w momencie zasypiam. Świta.

Poniedziałek, 1.V.2006, wieczorem wyruszamy...
Środa, 3.V.2006, znajdujemy neapolitańską bazę