(01) Warszawa - Amsterdam - Delhi
Pierwszego Hindusa spotkałem w kolejce na lotnisku, jeszcze w Warszawie. Niestety, leciał Nowego Jorku, co powoduje lekkie rozczarowanie, a przecież nie ma powodu. W Amsterdamie deszczowo, mgliśce, niebiesko. KLM ma ciekawy punk widzenia: zadowolony pasażer to pijany pasażer, a może to ja mam takie szczęście do częstującyh podłym winem i ciepłym piwem stewardes. Jakość alkoholu na poładzie przechodzi w ilość, a ilość nie ma limitu. Dla mnie bomba.
W Delhi lądujemy o pierwsze nocy, ichniejszego czasu. Która to godzina naszego czasu - nie wiem - ale to tylko pogłębia lekki zamęt. Dość szybkie formalności paszportowe i wychodzę przed terminal. Wchłania mnie gorące, wilgotne powietrze, tłumy pasażerów i tych co wyszli na powitanie, młyn żółto - czarnych taksówek. Duża tablica uspakaja: "Delhi Police - we want You safe". Wykupioną taksówką w "pre-paid taxi service" jadę na Pahar Ganj, po drodze w jendej z mijanych riksz dwie twarze pochylone na ekranem laptopa. To ma swój smak, nawigować w nieopanowanym gąszczu miasta zabawką z półki Hi-Tech.
Docieramy na miejsce, mijana tablica "Pahar Ganj" nie pozostawia wątpliwośći, ale jakaś taka nieufność po czytanym w drodze przewodniku pascala mnie wypełnia: to już, tak poprostu, jestem tu? Pierwszy z brzegu hotel reprezentuje przystępną cenę oraz kusi białym prześcieradem. Pokój jest w miarę czysty, małe choć zakratowane okienko wpuszcza odrobinę powietrza. Rzucam plecak, jest 3 w nocy, ale żal pójść spać prosto z marszu. Na dole w recepcji skrupulatnie wypełniam kartę i choć wąsacz zza lady przestrzega, idę pod pretekstem zakupu koli. Pusto, brudno, walają się śmieci, cisza, spokój. Gdzieniegdzie herbaciane wózki szumią kerozynowymi palnikami, przy nich skupiają się hindusi, piją mleczny czaj, palą bidi, kucają przy ścianie.