(17) Wanlah - Hanupatta
Zimno. Chłodno. Blady świt. Prosto z ciepłego śpiwora idziemy na śniadanie u magika. Czapati, malutki omlet, czaj z mlekiem, dżem, skromnie, smacznie, zdrowo. Z Wanlah do Hanupatta idzie się około pięciu godzin. Groźnie to nie brzmi, ryzykuję sandały. Pierwszy i jedyny postój techniczny pod sklepem, Magik ma coś do załatwienia. W międzyczasie obserwuję miszkańców wioski.





Wędrujemy dalej. Wąska dolina, droga wycięta dynamitem, rwący kawowy potok w dole. Powoli zaczyna mnie ogarnia psychiczny luz. Rzeczy, bez których z domu nie wychodzę (klucze, komórka, pieniądze, dokumenty) spoczywają głęboko w plecaku. Wraz z nimi znika poczucie rzeczywistości codziennego dnia w Krakowie. Puste kieszenie cieszą.
Dusza jest jednostką. Jednostką populacji.

Idąc dalej:





Mostki niczym z bajki. Linowe obarczone byłyby większą dozą klimatu, ale nie mogę wybierać.

Jaki.

Obóz zakładamy w bajecznym miejscu widokowym. Z namiotu widać takie oto góry:


Menu takie samo jak wczoraj: noodle czyli chińska zupka, ryż z fasolą, urozmajceniem jest rosnący w pobliżu szpinak.


Magik też kucharz:

Na deser gorzka żołądkowa. Oryginalna. Prosto z Polski. Magik rozcieńcza wódkę czystą wodą, nie lubi stężonych alkoholi. Miejscowi tak piją. Dziwne.