Udajpur - to już koniec (14)
Piątek, 05/08/2005, Udajpur -> Jaipur (14)
Mail od Tomka, w końcu, padła nam komunikacja, SMSy nie dochodza, ostatnią wiadomość ostrzymałem jeszcze, kiedy był w Turcji, teraz pisze: "(...)jestem mcleod jeszcze gdzies przez 5 dni, pozniej udezam do manali i ladakh. w pakistanie rzeznia, ale da się przeżyć. w mc leod ganj klimat: hippie&rasta, w kawiarence bob marley i jekies lata 60, za nocleg place 30 rupii, wyklady z filozofii, filmy o tybecie(...) izraelici opanowali miasto ;) wpadaj czekam". Przy śniadaniu prosimy o podsumowanie pobytu, wychodzi jakieś 30% mniej, niż faktycznie skonsumowaliśmy. Potem pożegnanie z Corwinem i Julią, którzy już wracają.

Rikszą jedziemy do pałacu Monsunowego, mały trójkołowy dwusów krętą serpentyną wspina się, aż zagotował i postój z widokiem na okolicę.
Monsunowy Pałac jest pusty, ale dobrze zachowany. Piękny. Bajeczne widoki na okolicę. Nie jest daleko do miasta, ale już zupełnie inaczej, powietrze rześkie, choć niebo chmurne. Długo nie możemy się wyrwać, choć nasz rikszarz demonstracyjnie wsiada za kierownicę i z braku naszej reakcji wysiada, sorry man, ja tu już nigdy nie wrócę, chcę odetchnąć tym miejscem.





Dziś ma się rozpocząć jakiś monsunowy (!) festiwal, z żalem opuszczamy to miejsce. Ostatni posiłek w DreamHeaven, jednak spotykamy J&C, jeszcze nie wyjechali, rikszą na dworzec (tym razem bilety kupujemy niczym doświadczeni indianie, marża zaledwie 20rupii). Autobus nocny, znowu sleeping, czekamy przed biurami, pojawia się kolejny brodaty turysta, chwilę rozmawiamy, student z Niemiec w podróży dookoła świata, też jedzie do Jaipuru, nice to meet you. Kiedy jego bilet z niewyjaśnionych powodów wymaga przepisania na nowy blankiet, jakiś cywilny Hindus twierdzi, że zaprowadzi nas tam gdzie przyjeżdża autobus (a nie przyjeżdza on na dworzec, tylko zupełnie gdzie indziej i nie znajdziemy go sami, choćby nie wiem co, klaruje nam). Całość szyta grubymi nićmi, ale w biurze potwierdzają, iść za przewodnikiem. Kilka przecznic dalej każe nam czekać, sam znika, innych pasażerów nie ma, Niemiec też Bóg wie gdzie, ale po kwadransie pojawia się autobus i zbiera nas dalej. Jak on tu nas znalazł?! Poprostu Indie.