CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Syria, koniec cywilizacji (6)

28 lipca 2005 Indie 2005

Czwartek, 28/07/2005, Syria (6)

Budzi mnie słońce, praży. Pierwsza rzecz, którą widzę nad sobą, to wulkan. Prawdziwy, piękny. Otrząsam się i spiesznie śniadanie klecę, kurz i pył zgrzyta w zębach wiatrem naniesiony. Mam fazę na wędzone sardynki w oleju i pomidora, omyłkowo otwieram sardynki w pomidorach (etykieta odpadła). Potem druga puszka, już właściwa, potem trzecia, co za gastrofaza z rana.

Wogóle nie czuję, że samolot mam dopiero w niedzielę i czasu jeszcze masa, a jestem prawie na miejscu, poprostu chcę jak najszybciej rozłożyć bety w Syrii i czekać. Wczesnym rankiem ruch jest mały, ale pierwszy golf się zatrzymuje. Co prawda kilometr dalej, ale mknę jak na skrzydłach, wygodne autko. Mam szczęście, gość jedzie prawie do Antakii, starszy facet; najpierw prezentuje mi kolekcję zdjęć rodzinnych z portfela, potem wydzwania do każdego i słyszę o polskim turyście. Po każdym telefonie sadzie łobuzerskie oko.

Postój w bardzo przyjemnej restauracyjce, znowu zupa typu ciorba, cytrynka i ekmek, czaj, altana pod winogronami, krystalicznie czysta woda w dzbankach, ktoś w międzyczasie myje auto. Około południa ląduję pod Antakią, inżynierowie z petrobudowy, częśtują czajem. To najgorętsze miejsce w Turcji, koszmarnie gorąco i wilgotno na potęgę. Za lira łapię bus, niestety zamiast zawieźć mnie na dworzec autobusowy w Antakii, kończy bieg w jakiejś podłęj mieścinie, któej nawet na mapie nie ma. Grunt pali mi się pod nogami, kolejnym busem jadę dalej, to już podobno niedaleko. Miła niespodzianka, ze skrzyni stojącej przy wejściu do woli można pobierać plastikowe pojemniczki (jak jogurty i smietana) z zimną wodą, podoba mi się to, w tej temperaturze wypacam wszystko co wypiję natychmiast. W Hatay (Antakia, to oczywiste, że miasta powinny mieć przynajmniej dwie nazwy) malutki dworzec autobusowy, chyba z setka kiosków sprzedających bilety, jacyś goście targają mnie za rękaw "mister, mister, najtańsze bilety, gdziekolwiek Pan jedzie!". Jest trzecia, a do Halep nic nie kursuje. Za późno. W kieszenie mam ostatniego lira, idę na shopping. Za ćwiartkę nabywam ekmek, a resztę wręczam straganiarzowi wskazując na winogrona. Gość ładuje mi na oko cztery kilo, pełna torba, przez kolejną godzinę próbuję zjeść całość, są ciemne, matowe, dojrzałe, soczyste, słodkie, pyszne.

Nie chcę tu zostawiać na noc, idę przez miasteczko, dookoła pustynne góry, nagie skały, kurz, pył i słońce. Niezobowiązująco macham, zatrzymał się bus, w środku jakaś dziewczyna, kierowca i brzuchaty, jowialny brodacz obok niego. Po angielsku ani słowa, skala mojej mapy daje tylko orientację, żadnych detali, nie wiem, gdzie jechać. Nie wiem nawet, jak powiedzieć, że nie mam kasy i na mnie nie zarobią. Koniec końców jadę, kierunek wskazuję ręką i dodaję "Syria". Brzuchacz częstuje papierosem z czarnego tytoniu i mówi "Suria". Znaczy - dogadaliśmy się. Za miastem ładna szosa, drogowskaz na Aleppo, życie jest piękne. Rumcajs z przedniego siedzenia cały czas nawija po Turecku i najwidoczniej oczekuje odpowiedzi, więc mówię byle co po Polsku i tak płynie czas; aż bus skręca w polną drogę, zupełne nic, dziury i wyboje. Macham rękami, tłumaczę, że ja do granicy i tu chcę wysiąść, na co rumcajs wyciąga zza pazuchy butelkę whiskey i częstuje. Szosa zniknęła, za późno, by wracać piechotą, więc zobaczymy, gdzie dojadę. W małej wiosce tankujemy. Kierowca o coś pyta, brzuchacz wyraźnie gestykuluje, wypijemy razem flaszkę, potem on się wyśpi, potem mnie zawiezie na granicę, no problemo, arkadasz polonie, frojnd, fersztejn? Dziewczyna daje mi jakieś znaki, każdy coś tłumaczy. Asertywnie odmawiam, skutkiem czego chwile się naradzają, wysiadam kilometr dalej, przy szosie w kierunku Syrii. Taką mam nadzieję przynajmniej, nawet kierunku nie jestem pewien, ale raz na jakiś czas syryjskie auta jeżdżą. Dalej kilka kilometrów półciężarówką, plac na środku wsi, strzałka na "zoll". Ruch praktycznie zerowy, staję się aktrakcją lokalsów, ciągną mnie do fryzjera, jestem otoczony, zero agresji, ale ćoś ich strasznie śmieszy. W takim tłumie złapać stopa nie ma szans, dżolerzy znowu mnie do taxi ciągną, chcą dotknąć kolczyk. Syryjska vectra się zatrzymała, w środku czterech... dresów. Auto z głośnym wydechem typu rynna, spychaczem w środku i plastikiem wewnątrz, cwaniaki chcą 5$ za dowóz do Halep.

Wybawieniem jest TIR, podjeżdża do mnie roztrącając chmarę dzieciaków, bez słowa zabiera mnie do granicy. Turecka storna senna i zalana skwarem. Idę, jakieś niskie budynki typu "duty free shop" z fajkami i colą, aż przechodze na drugą stronę niezauwazony, przedemną pustynia. Po dłuższych poszukiwaniach ktoś wbija pieczątkę w wizę, idę dalej. Pierwsze zatrzymujące się auto - znajome dresiki - znowu oferują pomoc za 5$. Jakąś osobówką pokonuję kilometr - dwa, wielki betonowy gmach w socjalistycznym stylu, na fasadzie złotymi zgłoskami "Welcome to Suria, the Cradle of Civilization and the Gateway to History (...)". W środu spora hala przecięta kontuarem niczym kasy na dworcu PKP, z jednej strony zblazowani mundurowi obserwują sufit przez dym papierosa, z drugiej Arabowie w białych szatach z krzykiem biegają wypełniając jakieś świstki. Wypełniam zatem i ja, obserwuję: oficer bierze paszport, wyjmuje zza okładki banknot i nawet nie spojżawszy na niego chowa do kieszeni, wbija pieczątkę. Dostaję adnotację po arabsku na pierwszej stronie paszportu, pewnie obraził mnie tym wpisem ;-), zaraz przed budynkiem znowu spotykam cwaniaków z żółtego opla, zobaczymy się jeszcze ze dwa razy dziś. Idę za zabudowania, stawiam plecak na skraju asfaltu i czekając na transport rozglądam się. Jest jakoś tak.... biblijnie, sepiowe kolory, ktoś pali krzaki, w powietrzu pachnie kadzidłem (!), Mojżesza niestety nie widzę. Berlingo wysadza mnie kilka kilometrów dalej, tutaj zatrzymuje się BUS pełen ludzi, jada do Halep, tłumaczę "no money, autostop". Jakoś nikogo to nie interesuje, zapraszają do środka, aż mi głupio.

W Aleppo jestem po 20:00, zmrok i upał zelżał, tu już jest zupełnie, absulotnie inne życie, nie ta turecka auropa, cepelia. Na ulicach dziki ruch, samochody trąbią, piesi nie mają żadnych praw na jezdni, połowa pojazdów to wielkie amerykańskie krążowniki szos, dookoła handel w arabskim wydaniu. Melduję się w dwudolarowym hotelu, warunki nieco spartańskie, ale klimat fajny. Prysznic okazuje się być komórką 2x2x2 metry, brak wentylacji owocuje sauną, ale woda jest rozkoszą. Wizyta w bankomacie i wracam zapłacić za nocleg. Po drodze zakupuję butelkę coli, cena: ٢٤. Podaję banknot o nominale ١٠٠, w dostaję reszty ٧٦. Potem na miasto, wąskie, arabskie uliczki, docieram do cytadeli. Fajnie jest. Podoba mi się tu i to bardzo. Wieczorem, w hotelu wentylator nademną miesza duszne, gorące powietrze - "czas apokalipsy".

Znowu w dorgę (5)
Bliżej Syrii (7)