CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Syria, Hama (8)

30 lipca 2005 Indie 2005

Sobota, 30/07/2005, Syria, Hama (8)

Dziwna noc, mam jazdy, często się budzę i w półśnie rejestruję rzeczywistość, a rano jestem wyspany. To pewnie przez tą bliskość Babilonu. Oferuję bezczelnemu kotu ostatni pasztet z grzybami, upycham wyciągnięte śmieci do kosza i na śniadanie walę do knajpki naprzeciw na dziwnego naleśnika z kwaśnym mlekiem i miętą, poprostu miazga. Potem zaopatrzony w pokażny zapas mineralnej. Waguś przysyła SMSa z informacjami, co w Syrii zobaczyć, Palmyra zapowiada się rewelacyjnie, Hama też ciekawie. Niestety, nikt nie wie, gdzie jest Palmyra, natomiast do Hamy można dojechać autobusem za dolara, podobno to niedaleko. Do Damaszku natomiast jest podobno szalenie daleko. Dworzec znaleźć nie problem, zakupić bilet - betka, cyfry znam już, ale odnaleźć odpowiedni autobus, to już wyzwanie. Autobus, typ PKS ogórek, kelner rozdaje kubeczki i polewa zimną wodę. To jeszcze ten etap, że preferuję swoją mineralną, ale takie obawy mijają szybko. Rusza prawie pusty i tak długo krązy po mieście nabierając ludzi, aż się napełni. Jedziemy, jedziemy, aż się rejwach zrobił, szukają tego turysty, co to w jakiejś miejscowości chciał wysiąść: jedni pytają o "Hama", drudzy o "Homs". Na wszelki wypadek wysiadam, jak się okazuje później, "Hama" i "Homs" to jedno miejsce.

Docieram do miasta i usiłuję zapytać, gdzie tu są koła wodne? Regularnie dostaję szklankę wody lub butelkę, rysuję rzeczkę, niebo, słońce, kwiatki, rybki i koła wodne. Wędruję tak od sklepu do sklepu. W którejś cukierni pora na posiłek, sprzedawca bonusowo dorzuca mi kawałki koszmarnie słodkich ciastek. Całość przepijam kolą, aż mnie mdli od tych słodkości, więc siadam na ławce w cieniu przed budynkiem i nagle z drugiej strony jezdni zauważam MUZEUM. W środku marmury, chłodno, lokaj w liberii wita, prowadzi do kasy, legitymacja ISIC zbija cenę biletu do jakiś śmiesznych groszy, a traktują mnie jak króla. Przechodzę z sali do sali, za mną gaśnie światło i wyłącza się klima. No tak, jedyny turysta. Samo muzeum typowe, archeologiczne, dość ciekawe. Wyczytuję wszystko o kołach wodnych, lokaj kieruje mnie. Fakt, są, widać zza budynków, labirynt uliczek i docieram nad rzekę. Dalej półokrągły tunel, same koła ogrodzone murem i zamknięte na kłódki, ale jakiś ogrodnik wpuszcza mnie w swoje zagony, stamtąd dobrze je widać. Są wielkie, majestatycznie i powoli się kręcą, głośno skrzeczą. Woda nimi kręci i jednocześnie pompuje sama siebie 15 metrów wyżej na akwedukt, skąd płynie dalej. Obok Instytut Palestyński z grafiti arabskim. W tunelu idący przedemną arabowie obracają się, proszą o zdjęcie. Wedle Lonley Planet jest to typowa zagrywka, mająca na celu odurzenie mnie narkotykami, a potem zawładnięcie moim majątkiem. Niestety, nie tym razem.

Jest pierwsza, zaczyna się najgorętsza pora dnia, gorąco przygważdża do ziemi. Duża, zimna kola i półtora litra mineralnej, wspinam się do ruin "cytadeli". U góry park, ludzie szwędają się, drzemią w cieniu, piknikują. Nad przewodnikiem Pascala czekam na chłodniejszą porę dnia. Zaczynam od rozdziału "Co zabrać?": "Składany parasol - w płaszczu przeciwdeszczowym łatwo można się spocić(...) eleganckie ubranie na specjalne okazje(...) lokalne prezerwatywy bywają kiepskiej jakości(...) butelka z gorącą wodą zamiast termofora, rano wodę można wypić". Potem czytam o chorobach zakaźnych i nie tylko, aż słońce zaczyna zachodzić, pora do domu. Kawał drogi do autostrady, na szczęście kierowca stojącej pół kilometra dalej umie czytać w moich myślach, na migi zaprasza do kabiny i mówi coś po syryjsku. Pokazuje dobry kierunek, więc jadę z nim. W kabinie masa moreli. Piętnaście minut za miastem zaczyna wręczać mi pięćdziesiąt funtów syryjskich (czyli dolara) na autobs powrotny, bo on tu musi skręcić w boczną drogę. Nie chcę od niego kasy ;-) dziękuję, chowam banknot pod jego fajki i wysiadam, ale gość nie daje spokoju i zostawia banknot na ziemi, pod kamieniem. Kawałek dalej stoi dwóch wielebnych, brodatych, brzuchatych, siwych. Nagle jeden odchodzi kawałek w moją stronę, zakasuje białą sukmanę, kuca i powoli sadza klocka na skraju asfaltu. Trochę nie za bardzo mogę się przy nim skupić na łapanu stopa. Allach życzył sobie, bym złapał, minipółciężarówka. W środku dwóch Arabów, rozmawiamy na migi, pokazują na siebie mówią "muslim", pytają o religię, kraj, George Bush OK? Osama Bin Laden OK? Wspólnie pomstujemy na politykę, wielkie mocarstwa, terrorystów, mamonę i cały ten wielki syf ;-) Sms od Tomka, są już w Iranie, jakieś tory wysadzone w Turcji.

Na kolację koljeny naleśnik + ayran, wieczór mija na rozmowach z lokalsami w parku.

Bliżej Syrii (7)
Odlot (9)