Rain Walk With Me
Czwartek, 11/08/2005, McLeod Ganj (20)
Budzi mnie głód i lece sam na śniadanie, Tomek śpi. Spotykam Braiana kierujemy się tam, gdzie zawsze. Na śniadanie eksperyment, z tytetańskiego menu zamawiam "tsampa porridge". Miseczka jęczmiennej mąki i szklanka wody. Wode wlewam do mąki i znika bez śladu, dalej tależ szarego pyłyu. Druga szklanka znika bez śladu. Trzecia przemienia pył w lekkowilgotną papkę o gęstej konsystencji, czyli gotowe do spożycia. Zjeść można najwyżej pięć łyżek, bo natychmiast zakleja i zapycha. Podobno tybetańscy mnisi jedzą ją trzy razy dziennie i nic więcej.
Idziemy najpierw do Dharmkot, a potem po przerwie herbacianej dalej, żlebem i znikamy we mgle. Dalej góry widać na wyrywki, tam, gdzie akurat chmury się rozwiały. Początkowo strome podejście, potem mniej, małe kamienne chatki o dachach z łupku wyglądają na niezamieszkane. Aparat robi ostatnie zdjęcie i umiera na najbliższe dziesięć dni. Deszcz, pukamy i po chwili wychodzi mnich i tylko dziękujemy, bo deszcz zniknął. Hard Rock Cafe - napis na kamieniu i kawałek dalej namiot z herbatką, wypasiony omlet. Znowu ulewa, kiedy już nie pada wracamy, to już popołudnie. Braian kupuje parasol i to jest bardzo trafna decyzja.


W drodze powrotnej atakują przelotne ulewy, gromadzimy się wtedy we trójkę pod parasolem. Cierpenie wypisane na twarzy Tomka nie pozostawia krzty wątpliwości - najchętniej nie wychodziłby z kibla.
Po powrocie zastajemy nowego w naszym dormie, Izralita, a jakże, po wojsku, jak wszyscy ;-) oraz dwie w sumie całkiem sympatyczne Niemki, wszyscy z Tomkiem na czele zapadają w sen. Z Braianem idziemy na piwo, wieczorne miasto. Niestety, wszystkie piwne miejsca mają komplet turystów, więc przysiadama w maluteńkiej restauracyjce, jeden wspólny stół, miedziane talerze, sztućce i garnki. Na stole leżą grube bruliony, pełne wpisów, grypsów, wierszy, rysunków, cytatów, złotych myśli, pospolitych myśli, bezmyślnych inskrypcji i ogłoszeń (matrymonialnych oraz o motocyklach do kupienia). Z asortymentu menu dostępne jest wyłącznie thali oraz czaj mleczny.
Zamawiamy zatem thali i czaj mleczny. Przy jednym stole spotykamy Czecha (Mirek), trójkę francuzów, Chrisa ze Szwajcarii, jeden Izraelita (jak wszędzie) i dwójkę mieszkańców Manchesteru, intergracyjnie rozmawiamy. Chris wyłuszcza mi teorię spiskową dziejów, Francuzi pytają, czy czasem nie ma ktoś niepotrzebnego haszyszu bo coś by przypalili, Mirek chwali się swoim ostatnim zakupem - pole marihuany za trzysta dolarów razem (zbiory za miesiąc) i to chyba jego tranzakcja życia, Braian dyskutuje z Brytyjczykami a Izraelita nic nie mówi (jak zazwyczaj). Rozmowa się rozkręca, thali jest dobre i smaku nie psuje nam nawet karaluch mieszkający pod popielniczką. Wszyscy zgadzamy się co do jednego - wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma - i tą mądrość każdy ujmuje w swoim języku - zostaje mi w pamięci tylko wersja angielska "the grass is always greener on the other side of the river".