Porto


Przez okno w moim pokoju widać jak na dłoni dworzec kolejowy i dachy miasta na zboczu po drugiej stronie. Pokój mieści się na ostatnim piętrze hotelu, wiekowej kamienicy, a kamienica stroi na górnym końcu ulicy. Dworzec jest na dolnym, widzę wszystko jak z jaskółczego gniazda.





Fajne to Porto, choć strasznie nieogarnięte. Najlepiej chyba to opisać tak: połowa domów jest zamieszkałych, a polowa nie. Z tej zamieszkałej połowy kolejna połowa wygląda, jakby mieszkańcy wprowadzili się kwadrans temu i dlatego bety piętrzą się w oknach, na schodach a garnki i miednice na balkonie. Druga połowa to mniej więcej standardowo wyglądające kamienice, a trzecia połowa, to dobudówki na dachach, z blach garażowej czy z plastiku, kurniki wciśnięte w zaułki, zakamarki i przestrzenie miedzy kominami - to jest najmniejsza płowa z tych trzech zamieszkałych. Natomiast niezamieszkana polowa to w połowie domy puste lub z kartkami na oknach - czyli do wynajęcia, a druga polowa, to wypalone ściany, fasady kamienic, zapadłe dachy, urwane podłogi, strzępy budynków mające się zamiar zaraz zawalić, a może dopiero popołudniu.





Do tego wszystkie ulice prowadzą w dół albo w górę - wyłącznie stromo. Jest ich taki labirynt, ze z dowolnie wybranego punktu A do przypadkowego punku B można zawsze wybrać taka drogę, ze będzie się szło tylko w dół albo tylko w górę. Wszechobecny brud, odpadki i śmieci, trochę masakra. W stosunku do Delhi podstawowa różnica jest taka, ze Delhi jest zamieszkane w 120% a Porto na oko w jakiś 45% najwyżej. A pierwsza w stosunku do reszty Portugalii różnica, która się rzuca w oczy - to sklepy. Są małe warzywniaki sprzedające ziemniaki i melony, są rzeźnickie sklepy mięsne, ale nie te z pakowanymi próżniowo w plastik kiełbasami, ale całymi tuszami, z których można wykroić kawał polędwicy, odkrajany wielkim nożem albo tamten kawałek kości, z którego cieknie krew a nie solanka. Nie ma natomiast chleba i to jest trochę tajemnicze, albowiem w kawiarenkach serwują tosty. Skąd chleb?





Znalazłem też kilka księgarni, a w nich trochę książek po angielsku. Stare, przykurzone pomieszczenia ze stosami wiekowych książek i tym zapachem leciwego papieru, kurzu. Niestety króluje King, Dan Brown i bliżej mi nieznani autorzy światowych bestselerów, których okładki epatują pistoletami, krwawymi plamami i sekretami ciemnych zaułków. Na szczęście w w jednej z uliczek natrafiłem na antykwariat, cale skrzynki książek! Nie tak, jak w Coimbrze, gdzie jedyna księgarnia dysponowała sześcioma kryminałami w języku angielskim (w końcu miasto uniwersyteckie, stare jak samo piekło), a tam za jedyne dwa i pół eruo kupiłem ponad 1300 stron zadrukowanych maczkiem - James Clavell "whirwind". Będzie na powrót.