CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Pierwszy dzień w chmurach

9 sierpnia 2005 Indie 2005

  Środa, 10/08/2005, McLeod Ganj (19)  

Dłuuugi sen, kąpiel w wiadrze wody, śniadanie znów w tej samej restauracyjce, tanio! Ludność lokalna odrobinę skośnooka, czuć trochę inną atmosferę. Miasteczko malutki, trzy ulice zbiegają się w centralnym punkcie. Może nie od razu Tybet i Budda, ale jest inaczej. Popijamy ginger tea, Tomek ma milion planów i nie wie, który wybrać, stresuje go to ;-) Do Riszikeszu, potem do źródeł Gangesu, potem Goa i trzcionowa chatka pod palmami oraz złota plaża, potem samolotem do Bejrutu, statkiem na Cypr i znaleźć tam pracę na kilka dni, a następnie którędy przez Europę do domu? Zupełnie się zakręcił, spędzamy sporo czasu w kafejce internetowej sprawdzając samoloty i inne takie.   Kwadrans dalej drogą asfaltowę po poziomicy i jesteśmy w Baksu. Mała wioska, dwie ulice na krzyż, plac a koło niego sklepy z pamiątkami. Polary, grające mosiężne wazy, wisorki, kadzidełka, tkaniny. Naprzeciw przy ulicy jakiś lokalny przysmak za 10 rupii, kupujemy coś, coś dziwnego, ale dobrego, siadamy obok, jemy. Obok siedzi Sadkhu nobliwy, w szacie zarzuconej na ramieniu, z miseczką, kocem i torbą na ramię. To bardzo miły człowiek, pali jointa, chce nam sprzedać kawał haszu, jedna tola pięćset rupii, zapalć z nami jointa, gośćinność niespotykana. Dalej lokal za lokalem małe herbaciarnie, rasta izraeli, bob marley i california dreaming. Siadamy, słuchamy, lassie i sok z limonki, dostaję łomot w szachy, poza nami sami izraeli palą jointa za jointem. Rosły jak dąb chłop wypuszcza ogromne chmury dymu z chillum (chillum to rodzaj prostej fajki, wypełnianej kilkoma centymetrami sześciennymi ciarasu z tytoniem, której palenie to cały cenremioniał) a potem płynie w powietrzu przez salę z głęboko nieobecnym uśmiechem zmienić muzykę. Jemu już nic nie trzeba, on już nic nie musi. Potem kolejna regge knajpka i znowu izraeli ;-) Na ścianach plakaty hebrajksim alfabetem, w menu oprócz india dishes i tibetan dishes znajdują się również izraeli dishes.     Ulicą przechodzi koleś z pepeszę przez ramię przewieszoną. Popołudnie spędzamy chodząc od kafejki do kafejki i cały czas sprawdzając nowe przysmaki, rozpusta. Niektóre dość oryginalne - np coś jak skorupka jajka, ale z ciasta, którą gość napełnia płynem słodko-ostor-kwaśnym przypominaącym z wyglądu rosół (ale tylko z wyglądu) i następnie się to łyka. Mieszanina nieznanych smaków.   Powrót do McLeod McGanj w deszczu. Cały czas zajadamy uliczne przysmaki, po pięć rupii, czyli prawie za darmo, próbujemy wszystkiego.       Na schodach przy hotelu spotykamy Braiana, właśnie przyjechał z Shimli. Umawiamy się na jutro na jakiś mały trekking i piwo ;-) Braian zajmuje fajny pokój w hotelu obok, my płącimy po 30 rupii za dorm, on ma stylowe drewniane wnętrze, łazienkę z gorącym prysznicem w pokoju i balkon z widokiem na przewalające się chmury. Nawet bez porównania z naszym dormem warunki są wypasione, ale jakoś tak wczorajsza chęć przeprowadzki ulotniła się bez śladu. Wieoczrem aparat odmawia współpracy i udaje martwego.  

McLeod Ganj (18)
Rain Walk With Me