(03) Pathankot - Chamba - Mandi
Przed piątą, jeszcze czarna noc za oknem, budzi mnie konduktor: "Pathankot". Zrywam się i upychając śpiwór w plecak ciągnę ten niezgrabny tobół do przodu autobusu. W kabinie silnik odkryty, nad nim grono naprawiaczy: "disel kaput".
Naprawili, jedziemy dalej, kilka minut później wysiadam w ciemność i deszcz, szare baraki z drugiej strony i pustka. Na odchodnym kierowca wychyla się z okna, woła: "No Pathankot".

Siąpi deszcz i wszystko w koło moknie, dalej ktoś się krząta, rozpala ogień pod czaj, w tle jadłodajnia typu garaż + proste stoły + blaszane talerze + mleczna herbata + ryż z fasolą, czyli dhaba. Dołączam do kilku zaspanych hindusów popijających czaj i palących bidi. Niestety oni tylko w Punjabi, ale i tak miło.
Za 50 rupii zawiozą mnie rikszą gdzieś, brzmi rozsądnie, do wyboru mam jeszcze pozostać nigdzie. Riksza pozbawiona jest świateł, ale za to kierowca przemiło się uśmiecha. Trafiam na dworzec, skąd startuje autobus w okolice Chamby. Świt, mija poranek, nadchodzi południe, a ja wciąż jadę trupem autobusu serpentynami przez deszczowe Himalaje, jest pięknie, tylko ten deszcz... Docieram do Chamby, miało być tak pięknie, a jest malutka wioska, zalana deszczem. Zdecydowanie nie tego szukam, więc szybki posiłek i łapię autobus w stronę Manali.
