Monsunowy Mumbaj (10)
Poniedziałek, 01/08/2005, Mumbaj (10)
Rano z nadzieją wystawiam głowę za okno - deszcze leje rzęsiście. Zaraz za drzwiami hotelu napada mnie sprzedawca parasoli, spławiam go z uśmiechem. Czas pokazuje, że zakup nowego parasola to bardzo rozsądna decyzja, gdyż zeszloroczny strzęp obwisa w połowie obwodu i nie chroni przed deszczem nic a nic. Pierwsze wrażenie: bardzo brytyjsko, wiktoriańsko. Dezorientuje mnie lewostronny ruch, cały czas staram się pamiętać o tym. Nawet, kiedy spodziewam się auta z prawidłowej strony, natychmiast przypominam sobie, by spodziewać się go z drugiej strony. Wypłacam trzy tysiące z nadzieją, że starczy na długo. Uczynny Hindus towarzyszy mi jakiś czas, oferując haszysz, opium i heroinę. Na śniadanie w małej lokalnej knajpce wybieram losowo coś z menu, rosół z kawałkiem kury, bułka i herbata z mlekiem. Smaczne i tanie. Następnie internet, jest na każdym kroku i nawet szybko działa.
Rozpytuję w recepcji, monsun zablokował całą komunikację międzymiastową, kursuje tylko i wyłącznie autobus do Udajpuru, ale nie codziennie. Jest szansa na to, że jutro będą drogi przejezdne. Należy się dowiadywac. Pan spod czwórki też o to pytał, więc pukam do drzwi, może będe miał towarzystwo. Otwiera gość w moim wieku, zagaduję go ogólnie, ma na imię Braian, jest z USA, umawiamy się na jutro na 9:30, jednak gość wykazuje średni entuzjazm, rezerwa, bardzo grzeczny. Trudno, bywa i tak.
Dalej ruszam w kurs, niestety mój przewodnik nie obejmuje południowych Indii, więc jestem zdany na los. Na starcie kapituluję i kupuję parasol, potem szwędam się tu i tam, gdzie mnie nogi poniosą, znowu spotykam dilera z rana. Uniwersytet, rewelacyjny, stary, piękny, soczysta zieleń, klimat zjada Harrego Pottera na śniadanie. Dziedziniec przegradza strzaskane tropikalne drzewo, średnica pnia prawie dwa metry. Schodami w górę, krużganki, pożółkłe papiery, lekko zatęchły zapach starości. Przegniła kratę, kręte schodki prowadzą basztą na... dach! Odjazd, zdecydowanie najmocniejszy punkt Mumbaju jak dla mnie. Dalej mecz piłki błotnej w ulewnym deszczu. Jestem zmęczony, wracając znowu spotykam znajomego dilera. Standby w hotelu.


Pukanie do drzwi, ku mojemu zdumieniu Braian zaprasza na obiad i piwo, zna tu fajną knajpkę. Pyszny ryż z sosem i jarzynami, kelner dolewa co chwila piwo do kufli, tak że cały czas są pełne. To miły zwyczaj, ciężko kontrolować, ile się pije. Braian jest drugi raz w Indiach, poprzednio był na zorganizowanej wycieczce kilka lat temu, Kalkuta i południowe wybrzeże, od kilku dni nie może się wyrwać z Mumbaju, tory są zalane, autobusy nie kursują.

Wieczorem łazimy w deszczeu, spotykamy znowu tego samego dilera, jeszcze trochę i chyba się z nim zaprzyjaźnię. Swoją drogą - kiedy przeczekać jego marketing, to można z gościem porozmawiać. Brama indii, jakiś ekskluzywny hotel na wybrzeżu, jedziemy windą na ostatnie piętro popatrzeć z wysokości na miasto, ale portier bruździ. Potem Braian się zmywa do hotelu, a ja samotnie sprawdzam, co jest kawałek dalej. Znowu mokry do suchej nitki wracam do hotelu, oddałbym na przykład cokolwiek za jakąś książkę, niespodzianka - na chwilę deszcze przestał padać. Zaskakujące, zdążyłem się przyzwyczaić do deszczowego szumu.
