CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

McLeod Ganj (18)

9 sierpnia 2005 Indie 2005

Wtorek, 09/08/2005, Shimla -> McLeod Ganj (18)

5:00 pobudka, zimny prysznic, pędzę do autobusu, po drodze dużo małp. Shimla o wschodzie słońca, prawie pusta.

Pojedyńczych ludzi pytam o dworzec, okazuje się, że to nie tak blisko, sadzę wąskimi kamiennymi schodkami seprentyną w dół, a 6:00 zbliża się nieubłaganie. Nastepny autobus będzie dopiero o 11:00, klnę w żywy kamień, ale pędzę. Spóźniony wpadam na plac, kilka autobusów, ktoś wskazuje jeden. Kierowca pali papierosa, spokojnie, pytam o bilet. Wskazuje na plecak, na dach i na chudzielca obok. Pytam, o któej odjazd, odpowiada, że o szóstej. Pokazuję mu zegarek: 06:13, wzrusza ramionami i mówi: za pięć minut, zapala nowego papierosa. Chudzielec wspina się na dach i mocuje plecak, a ja w tym czasie kupuję smażoną w cieście kromkę chcleba i czaj. Gość zaprasza na dach obejżeć mocowanie plecaka, ale z czajem nie wyjdę, macham tylko, że ok. Kierowca trąbi, wsiadamy, autobus po drodze dobiera pasażerów. Powoli się zapełnia, próbuję spać na siedząco, zimno. Kręta, dziurawa droga w dół, autobus ma na środku przedniej szyby coś w rodzaju ołtarzyka, cztery rysunki bogów, dookoła kwiatki, migające lampki choinkowe, chorągiewki i szmatki. Muzyka gra na full, autobusem teleepie, wypatruję podróżnych na dachach autobusów, ale to jeszcze nie tu, w ogóle jestem jedynym białym tu. Indianie zagadują, ale szczątkowym angielskim, ciężko się dogadać. Poprostu jazda.

Pierwszy postój koło 11, małe miasteczko, plac pełen autobusów, kierowca gasi silnik i gdzieś znika, ludzie wychodzą. Słońce dla odmiany żaru kopsa, wychodzę na dach pochować sweter i czas się zatrzymuje, a ja czuję, że to już koniec wakacji: nie ma plecaka. Pusta drewniana skrzynia z kołem zapasowym na środku, ani cienia betów. Normalnie klnę w żywy kamień, schodze na dół, ktoś musiał po drodze z moim bambetlem wysiąść. Nie, to nie możliwe, spowrotemna górę, fuck, jest!, Za skrzynią jest druga, mała, a w niej plecak, niewidoczna z końca autobusu. Coś przekąsić i jedziemy dalej. Teraz dnem doliny, gorąco, autobus często przystaje, wymienia pasażerów. Hindusi zawsze błyskawicznie ustępują miejsca kobietom. Drugi postój, gorąco, czas się wlecze. Zaczyna się droga w górę, mijamy setki rowerzystów, większość z nich siedzi przed przydrożnymi sklepikami i sączą napoje. Drogowskaz: Dharamshala 35km i zaczyna padać ulewny deszcz. Potem się przejaśnia, im bliżej, tym wolniej autobus jedzie i częściej przystaje. Kiedy tankuje na stacji - gotuję, zajeżdża do warsztatu sprawdzić ciśnienie w oponach czuję się jak w komedi, jeszcze tylko 3km!

W Dharamshali jestem po 18, mokro po deszczu, niebo się przetarło, widok w dolinę; malutkie miasteczko na zboczu góry. Nad doliną piękna tęcza.

Po kwadransie mały bus zatrzymuje się, za 7 rupii, w środku towarzystwo, dready, trochę hippie - westmani z plecakami. Krętą wąską drogą asfaltową jedziemy, mały posterunek wojskowy, tablice przy drodze "ziemia nie jest nasza, pożyczyliśmy ją od dzieci", "say no to plastic", "save water, save energy", "drive safe", "remember: only one life" itp ;-) Na miejscu spławiam rikszę, pytam kogoś o drogę do hotelu, gość coś mętnie mówi, a tu nagle Tomek idzie. I'm starving, więc idziemy zjeść, minirestauracyjka rodzinna tybetańska, ceny bajeczne, nowe potrawy. Wielki tależ zapiekanego ryżu z kawałkami kurczaka i jarzynami, ginger czaj, banana lassie i coś na deser. Tomek sugeruje coś, okazuje dostajemy jeszcze coś w rodzaju zupy mlecznej ryżowej na słodko ;-) Pałaszuję to wszystko i mało nie padam z przejedzenia, a ginger czaj to rarytas, mleczna herbata z czymś co przypomina kłąb mchu w środku. Potem idziemy do hotelu, pytam z kim mieszkamy, Tomek mówi, że starsza Izraelitka, "tylko nie przestrasz się" - dodaje - "jest całkiem spoko". Normalnie nie wiem, czego się spodziewać. Wąskimi schodkami w górę, od bocznej ulicy, blisko centrum, pniemy się, przez jakieś małe podwórko i jesteśmy. Pokój trochę zatęchły, świetlówki, kilka łóżek, stół zawalony niczym konkretnym, troszkę wilgotno, na jednym łóżku w kącie, na nim bety rozrzucone.

Powoli się rozpakowuje, co słychać i jak bylo, fajnie się zbaczyć znowu, luksus rozmowy w ojczystym języku. Potem chwila szaleństwa, idziemy do knajpy na browara. Potem jeszcze wpadamy na sklepik alkoholowy, sympatyczny wybór win, seria smakowa: jabłko, śliwka, brzoskwinia, liczi, rododendron i jeszcze jakieś inne smaki. Dla bezpieczeńśtwa kupujemy śliwę. Konsumujemy na ławeczce, na osobności.

Wracamy do hotelu, nie minęło czasu mało wiele, zjawiła się zjawa. Włosy dredy, wiek w okolicach 50, kolczyki na twarzy, ubrana w dziergane szydełkiem welniane ubranie, słowem - szok, ale błyskawicznie dochodze do porządku i potem jest już z górki. Ma na imię Lidia, pochodzi z Izraela i od zawsze wędruje po świecie. Sympatycznie się rozmawia, Tomek łapie się za muzykę i słuchamy na full z mp3playera - Habakuk, Paprika Korps. Lidia chce nam skręcić jointa i wogóle milo jest.

(17) Shimla - dzień pierwszy i ostatni
Pierwszy dzień w chmurach