CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(04) Manali

7 sierpnia 2006 Indie 2006

O pierwszej przybywa autobus: jest totalnie zapchany po ostatnie stojące miejsce, brudny i śmierdzący. Konduktor dokonuje cudów przechodząc po oparciach siedzeń. Na wywalczonym kawałku podłogi zwijam się w kłębek na plecaku i uważam to za względny komfort. Nad ranem jestem na miejscu. Na wysiadających już czeka tłum naganiaczy hotelowych. Sprytnym sposobem znikam w cieniu i obserwuję: Izraelici, którzy przybyli ze mną, ostro negocjują pokoje i warunki. Kiedy oferty już są jasne, dołączam do nich i tym sposobem trafiam niezły, choć pachnący wilgocią i grzybem na ścianie pokój w wiktoriańskim pensjonacie. Wielki krzak marihuany przed balkonem.

Jest piąta rano i choć moja świadomość zamyka się, to zimny prysznic jest królewskim luksusem, któremu nie sposób odmówić. Rano - deszcz, potem - słońce. Jajecznica na śniadanie. Samo Manali dość brzydka, raczej spora mieścina, pełna hoteli i punktów gastronomicznych. Jest punktem startu do Ladakhu, miejscem gdzie kończy się pospolity autobus a zaczyna się dzika trasa jeepem. Bez celu i planu szwędam się po okolicy, aż popołudniu spotykam Aśkę i Marcina. Własnie kupili na dziś w nocy miejsca w jeepie do Leh i to jest rozsądna propozycja, decyduję się jechać z nimi. Reszta dnia mija na pakowaniu się, popijaniu piwa i dalszym szwędaniu, o ile tylko deszcz przestanie padać na chwilę.

(03) Pathankot - Chamba - Mandi
(05) Manali - Leh