(22) Lingshet - Snertse
Typowe śniadanie. Zdążyłem już: polubić je, znielubić i polubić ponownie.

Wyruszamy bezlitośnie z rana.

Najpierw mordercze podejście, potem długie, ostre zejście. Dalej mordercze, długie ostre podejście. Kiedy docieram do szczytu, to zza niego wyłania się właściwy wierzchołek.


Na szczycie:


Dalej w dół - szeroką doliną, dnem potoku...

...krętymi ścieżkami...

...pod śniegowym mostem...

Rozbijamy się w mało ciekawym miejscu - kawał płaskiej, ubitej ziemi w stromej dolinie, spartański sklep z poukładanych na sobie kamieni, dach z płótna i nikły asortyment. Do tego wieje silny wiatr, składając namiot i wzniecając tumany pyłu zmieszanego ze sproszkowanym końskim nawozem. Do kompletu kąpiel w lodowatym strumieniu. Połowa trasy za nami i powoli zaczynam myśleć o ciepłym prysznicu, kurczaku z piwem i paru innych codziennościach.