CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Koniec etapu pierwszego (3)

25 lipca 2005 Indie 2005

Poniedziałek, 25/07/2005, Rumunia i Bułgaria (3)

Po dwunastu godzinach jazdy, w samo południe wysiadam przy autostradzie tuż koło Bukaresztu. Pod autostradą ciągną w przeciwnych kierunkach dwa strumienie potwornie zdezelowanych ciężarówek. Jedną taką jadę w słoneczne łąki pod miasto, potem zatrzymuje się dacia, w środku czterech rumunów i telewizor marki rubin, ale starcza miejsca i dla mnie z plecakiem. Wspólnie klecą zdanie po angielsku: "can You dance?", chyba nie o to im chodziło. Dwaj młynarze, wóz pełen worków ze zbożem. Kawał drogi piechotą polną drogą, łany kłosów, słońce, jak u babci na wsi.

Granica: piechotą przez most nad Dunajem nie przejdę, pieczątka w paszporcie, siadam w cieniu i czekam. Cisza. Bezruch. Leniwe popołunie. Celnicy drzemią w budce. Pojawia się turecki TIR, kierowca niechętnie widzi pasażera w kabinie, ale niespodziewanie popiera mnie celnik. Turek woli uniknąć kłopotu i ruszam dalej. Troszkę rozmawiamy po angielsku, w końcu przestaje demonstrować niechęć, zatrzymujemy się w tureckiej knajpce i kierowca stawia obiad: przecierana zupa typu cziorba (pyszne), ekmek i rewelacyjny kebab z furą sałatek. Na deser charakterystyczne filiżanki czaju. Po obiedzie zonk, scania nie chce odpalić, nowa, 30 000km na liczniku, elektronika głupieje, wesoło miga kolorowymi lampkami, popiskuje sygnałem alarmowym. Odłączenie akumulatora skutecznie sprowadza pojazd na ziemię. Miasta bułgarskie wołają o pomstę do nieba, niczym strupy, kraj jest piękny. Następny postój dopiero w Kapitan Andriejewo, czyli granica.

Opuszczam TIR o 21 z hakiem, przy tablicy "Turkey: 1km". Gwiaździste niebo, ciepłe i suche powietrze. Maszeruję wzdłuż kolejki TIRów, potem ceremonia przeprawy przez wszystkie kontrole i jestem w Kapikule. Do pierwszej w nocy co 30 sekund przetacza się TIR kołomnie, chyba stąd nie ruszę dziś. Kiedy zbieram się w pole kimnąć do rana, woła mnie koleś z pobliskiej stacji benz, pokazuje na TIRa, do kabiny wsiada kierowca. Turek, ale mówi po Polsku, dokłądniej to rozumie, ale odpowiada po Turecku. Jest koszmarnie niewyspany, jadą już trzecią dobę, po raz pierwszy w życiu mam pietra widząc, jak przysypia za kierownicą. SMS od Tomka, opuścił Stambuł, jedzie vlakiekm nad Van, czyli nici z browara przed Sultanahmed. Nocleg 100km przed miastem, niskie suche kolczaste chaszcze za parkingiem. Rano do kompletu dołączają mrówki.

Krok za krokiem przez Węgry (2)
Gwar wielkiego miasta (4)