(26) Kargil - Srinagar
Toyota czeka i punktualnie o drugiej opuszczamy Kargil. Auto jest "składkowe", czyli zbiera tyle pasażerów, ile się mieści, razem z nami jedzie mnich i kilku tutejszych. Postój na herbatę w Drass, gdzie każdy mieszkaniec zaczyna rozmowę po angielsku, o pogodzie: "hello, You know, Drass is actually the second coldest town....". Faktycznie, jest zimno. Przy herbacie dostaję kolejne propozycje wynajęcia wspaniałej łodzi mieszkalnej za śmiesznie niskie pieniądze. Koniec przerwy, pakujemy się do auta, w drogę i spać.
Kiedy się budzę, świta, blady i deszczowy poranek, asfaltowa droga kręci się dnem doliny. Co kilkaset metrów uzbrojeni po uszy żołnierze kontrolują wybrane auta - witamy w Kaszmirze. Szlabany, worki z piaskiem i druty kolczaste będą odtąd na porządku dziennym.
Kierujemy się nad jezioro Nagin, drugie numer dwa w Kaszmirze, ale za to polecane jednogłośnie przez turystów. Podobno znacznie taniej, milej, spokojniej i ładniej. Przystajemy warunkowo na ofertę jednego z naszych współpasażerów, idziemy obejrzeć te słynne pływające domy. Cała checa wzięła się z czasów, kiedy brytyjczycy nie dostali zgody na kupowanie ziemi i budowanie domów - więc zamieszkali w łodziach. Facet zaprasza nas do swojej łodzi, z zewnątrz mało zachęcająca, ale w środku wita nas dywan na podłosze w salonie, rzeźbione meble pełne kryształowej zastawy, żyrandol na suficie i ogólny przepych. Tego się nie spodziewałem. Okazuje się, że to takie demo, nie tu będziemy mieszkać. Wypijamy herbatkę z porcelany z mieszkańcami łodzi, wsiadamy do shikary i płyniemy na drugi brzeg, gdzie ma nas przyjąć brat faceta.

Ta mniejsza, z lewej, to podobno nasza. Łupinka obciążona plecakami kolebie się, tafla wody niezmącona. Płyniemy.

Wkroczyliśmy w świat, gdzie wszystko samo za mnie się robi, wszystko samo za mnie się dzieje. Kiedy dopływamy do naszej łodzi, na rufie już czeka Sultan, nasz gospodarz, który odtąd będzie się opiekował nami i każdą najmniejszą sprawą dotyczącą pobytu na łodzi. Cena za dobę jest dość wysoka, jak na Indie, 350 rupii za dobę od osoby, czyli... 23PLN! Dodatkowo, zawiera pobyt z obsługą i posiłkami. Odtąd każda popielniczka opróżnia się sama, każde krzesło samo trafia na swoje miejsce i każdy talerz myje się w sposób magiczny, nie mówiąc o posiłkach, które również same pojawiają się na stole. Dziwnie się z tym czuję, niczym lord, muszę przywyknąć, by umieć z tym żyć ;-) Chmury się rozeszły, słońce wygląda, okolica przepiękna, a ja mam ochotę leżeć na dywanie i czytać książkę. Skalisty Zanskar, cały trek - wszystko to staje się nierealne, inny świat. Nasz salon:

Wychodzę za rufę (ganek?), a obok naszej łodzi już czeka kilka innych, na nich uśmiechnięci tubylcy oferują wszystko: od zakupów spożywczych, przez pamiątki, biżuterię i kwiaty, aż po haszysz i opium. Po paru słowach nei mam wątpliwości, oferują przede wszystkim haszysz i opium, a cała reszta to pretekst do rozmowy. Póki co, zaopatruję się w towary luksusowe: soki i ciastka.



Łódź naszych sąsiadów:

Widok przez okno z mojego łoża - oczywiście rzeźbionego łoża z baldachimem:

Kiedy już spławimy wszystkich handlarzy, buszujemy po łodzi, by na koniec zalec z książką na dachu. Z widokiem na jezioro, oczywiście. To dziwne, ale nicnierobienie nudzi się dość szybko. Popołudniem udajemy się zbadać okolicę, znaleźć internet, zgrać zdjęcia z aparatu. Sultan uczula, by wrócić przed zmrokiem i nie zapuszczać się samemu w uliczki starego Srinagaru, ale wkładam to między bajki i idziemy.
Opuszczamy łódź - nie zamykamy jej! Tu, na jeziorze, jest bedzpiecznie, a poza tym Sultan czuwa, mieszka na łodzi obok. Zabudowania przybrzeżne jakieś takie odrobinę inne, coś mi tu nie pasuje, po chwili mam - nasza łódź jest cumuje przy leprozorium, właśnie po nim spacerujemy.
Potem rikszą do centrum Srinagaru, w poszukiwaniu kafejki internetowej. O ile kafejkę da się znaleźć, to internet działa przeraźliwie wolno, a o zgraniu zdjęć z aparatu nie ma co marzyć. Po długich poszukiwaniach ostatecznie facet w punkcie foto udostępnia swój prywatny komputer w kantorku na górze.



Wieczorem przy kolacji poznajemy bliżej Sultana. Gość, choć Muzułmanin, lubi napić się piwa. Mówi, że jest takie jedno jedyne miejsce w całym mieście, gdzie można dostać alkohol - jak czas pokaże, nie kłamie.