(28) Haszmir
Przed świtem przypływa po nas shikura, ruszamy zobaczyć targ kwiatowy. Zamiast turystycznej atrakcji wpadamy na zwykłe targowisko, ludzie kupują i sprzedają, gadają, witają się i palą, niespiesznie, coś fantastycznego. Pojawił się sprzedawca ciastek, nasz wioślarza zagotował herbatę, wokół pływają łódeczki.











Kiedy wschodzi słońce, impreza się kończy i tylko za naszą łódką podąża sprzedawca srebrnych kolczyków.


Sklep dla rybaków.

Wracamy wprost na śniadanie. Po śniadaniu niebacznie odmachałem ręką sprzedawcy ciastek. Zanim zdążyłem zaprotestować, już siedział w salonie rozkładając ciasteczka. Jak tylko skończył je rozkładać, zaprezentował haszysz i spytał uprzejmie, ile kilo sobie życzę? Nie znają tej tradycji, że pierwszy raz za darmo.
W południe pojawia się Sultan, jedzie do miasta i zaprasza, mówi, że zabierze nas do jedynego sklepu alkoholowego w Srinagarze. Brzmi nieźle, jedziemy; najpierw takie tam szwędanie się rikszą po mieście, potem trafiamy do celu: lada za kratami, obita filcem, żarówka na sznurku zwiesa z sufitu, a wokół kłębi się tłum w długich białych szatach. Krzyczą, machają rękami, podaję pieniądze przez kraty, a grubas w środku odrzuca butelki. Kupujemy kilka butelek dla nas i kilka dla Sultana. Potem sklepy, bazary.

Jemu nie chce się nawet zaprotestować, by nie robić mu zdjęć.


Móżdżki. Kozie móżdżki.

gość ma tasak na oko



zielono mi.

Pogoda się psuje. Na jutro planujemy konne jazdy po górach, ale chyba nie w taki deszcz. Wieczorem, piwo, książka, telewizor, dołącza do nas Sultan z piwem. Opowiada o Kaszmirze, o ślubie brata, o zwyczajach o czymkolwiek, o niczym. Pod czterdziestkę, siwawy, orli nos, spokojny, opowiada jak szalał za czasów młodości, a za oknem pada, pada, pada...