Bliżej Syrii (7)
Piątek, 29/07/2005, Syria (7)
W nocy budzi mnie zepsuty minaret. Śpiewy z minaretów o czwartej w nocy są ok, ale naprzeciw mojego okna odbywał się chyba egzamin na muezzina, gość charczy, przerywa, powtarza, myli się, konkurencja już zamilkła i śpi, a on męczy. Bezczelne koty w nocy spenetrowały niefrasobliwie zostawioną na stole torbę z żywnością, pożerając mój ekmek. Na koniec wywróciły kosz na śmieci i wysypały zawartość.

Plan wypadu do Damaszku upada, trochę daleko i nie ma sensu się szarpać z czasem. Długo chodzę po okolicy szukając chleba. Niestety, czynne są jedynie sklepy z mydłem. W każdej ilości. Na śniadanie sardynki z naleśnikiem, który dostałem w pobliskiej jadłodajni. Idę do cytadeli, po drodze długo błądzę po nieczynnym suku. Spotykam piekarza, który rozkłada naleśniki na chodniku, jeden koło drugiego, na koszmarnie brudnym chodniku. Ogólnie miasto jest piękne, ale niesamowicie brudne, śmieci i resztki gniją na ulicach.
Cytadela góruje nad miastem, wstęp 150 funtów, dla studentów z legitymacją ISIC 10SYP, czyli kwota niemierzalna.



W długich spodniach niemiłosiernie gorąco; obserwuję innych turystów, w większości to arabowie w tradycyjnych szatach. Z braku przewodnika pocztówki podpowiadają, co zwiedzić, niestety nikt nie wie, gdzie znaleźć to, co na pocztókach, każdy ma swoją teorię. Potem kolej na meczety, pierwszy cichy, skupieni ludzie modlą się w ciszy, drugi wypełniony ludźmi, gadają, piją cocacolę z automatu przy ścianie, klimatyzatory, komróki dzwonią, kilka osób śpi na podłodze.
Dalej targ z jarzynami, owocami, niespodzianka, pomidory dostaję za darmo. Widać, za mało kupiłem. Kolejny stragan, ukłądam na szalkach winogrona, morele, banany, paprykę - sprzedawca zgarnia całość do reklamówki i znowu nie chce kasy. Obok garbaty gnom sprzedaje ciastka, dla wyrównania cena ich jest kosmiczna. Czas na lokalne jedzenie, dwa zawijane naleśniki z czymś w rodzaju mięsnego sosu pośrodku, do tego lokalni dostają szklankę z mlekiem (przynajmniej tak to wygląda), a całość zakąszają zielonymi liśćmi z wiązki na kontuarze. Szklanka białego płynu zawiera kwaśne mleko, pyszne z naleśnikiem, a zielone liście to świeża mięta. Dalej zwiedzam miasto, mają słabość do budowania brzydkich betonowych molochów, za stalowymi ogrodzeniami, z budkami strażników i dystrybutorami z paliwem w środku, straszą niewykończone.



Wieczorem czytam przewodnik w parku. Kwitnie życie rodzinne, familie w komplecie zasaidają na trawnikach. Co chwilę ktoś częstuje mnie papierosem, przynosci herbatę, colę, orzeszki, słonecznik, zaprasza do wypalenia nargilli. Nie znamy wspólnego języka, komunikacja migowa uzupełniana kartką i długopisem. Mili ludzie.
