(44) koniec
Niedziela, 04/09/2005, Niemcy -> Polska (44)
Budzi mnie dziadek, jest czwarta w nocy, spaliśmy dwie godziny i on w kabinie zmarzł, a ja nie. Niemniej jednak trzeba wstać. Chciałbym coś bezpośrednio do Zgorzelca zastopować, więc czas rozstać się. Parking we mgle, cisza, kilka aut ze spiącymi pasażerami, ziąb. Gotuję herbatę i z gorącym kubkiem w ręce czekam. Godzinę później biały ford transit, niemieckie blachy, ale słysze polski język. Facet z córką jadą, chwilę ze mną rozmawia, ok, jadę. Niestety - pod Berlin! Postój przy ogromnej filiżance pysznej kawy, dalej w drogę.
Wysiadam pod berlinem, na ringu, ostatnia stacja. Miejsce murowane! ...z tym, że nie do końca. Słyszę "nain" bądź "nie" raz za razem. Definitywnie złe wiatry. Jeden z drugim nawet próbują uzasadniać: "w zasadzie mógłbym zabrać, ale mam zasady: nigdy nie biorę autostopowiczów. hm, sam nie wiem czemu, ale przykro mi". Kolejny się spieszy, inny nie ma ochoty, tamten nie ma miejsca, słońce w zenicie. Starsze małżeństwo jedzie do Świecka na zakupy (jak 90% samochodów), łaskawcy zostawiają mnie na granicy. I znowu pech, wszyscy jadą tylko do świecka na zakupy. Trudno, jade i ja, wysiadam kiedy auto staje w kolejce zatankować tanie polskie paliwo, opłotki miasta. Przystanek autobusowy, będzie autobus za 3 minuty do Jeleniej Góry, wsiadam, proszę o bilet, otwieram portfel... 500 rupii, 5 euro i 7 dolarów... Kierowca marzczy nos, ale przyjmuje 5E. Dalej przesiadka na kolejnego ogórka, Wrocław. Knysza na dworcu, piwo na rynku, fireshow i zapada zmrok. Wracam na PKP, podstawiają mój pociąg. Kupuję zapas lektur, siadam na stopniu osobówki, miły ciepły wieczór. Naprzeciw mnie twarz Andrzeja L, człowieka z charakterem. Zapalam. Odjeżdżam.
O 3:00 jestem w Krakowie, o 3:30 w domu. Godzinę później wyłączam komputer i ide spać. Równo o 9:00 odbijam kartę pod zegarem w pracy.