(43) los prowadzi
Sobota, 03/09/2005, Rumunia -> Niemcy (43)
Pobudka o 6:00, od razu do samochodzu, chłodno i mgliście, słońce coraz wyżej. Koło 9 przerwa na kawę i dalej jedziemy. Przed 11:00 przekraczamy granicę, trochę czekania w kolejce, za resztę waluty kupuję camele. Około 12:00 nasze drogi się rozdzielają, wysiadam na ostatniej stacji przed Budapesztem, przy autostradzie. Ruch duży, do domu blisko, już widzę piwo w knajpie wieczorem w Krakowie. Niestety, cały ruch jedzie w stronę Austrii, Włoch, Hiszpanii. Jedyne auta na polskich numerach to autobus (nie bierzemy autostopowiczów) i TIR-cysterna (nie może zabierać ze względu na restrykcje przy przewocie niebiezpiecznego ładunku). Mijają godziny, pora na obiad, ja ciągle w miejscu. Po piętnastej zapytałem laweciarza z vanem mitsubishi na pace. Polak, jedzie do Berlina, ale najpierw musi ładunek zostawić gdzieś na wiosce pod Monachium. Trochę nie po drodze, ale jadę z dziadkiem. Na granicy Węgry-Austria celnicy się dziwią, z Indii do Polski przez Austrię? Kolejna granica, Austria - Niemcy, celnicy szybko puszczają, zaraz będzie w TV mecz Polska-Austria. Przed celem silnik się trochę zaczął krztusić, zdychać, chwila strachu (mam tu zostać?), ale wraca do normy. Wyładowujemy auto w pustym miasteczku, kluczyki i dokumenty lądują w skrzynce na listy i kierunek Berlin. Szybko zasypiam, budzi mnie cisza, dziadek robi przerwę na nocleg.
Na zewnątrz zimno, silny przenikliwy wiatr, ale rozkładam się na pustej pace. Zakładam wszystkie ciepłe rzeczy, wchodze do śpiwora i na sam koniec dwa duże czarne plastikowe worki na śmieci chronią mnie przed przewianiem. W środku ciepło i miło, na zewnątrz chyba wyglądam jak zwłoki.