(41) witaj, szkoło
Czwartek, 01/09/2005, witaj szkoło (41)
Piąta nad ranem, budzi mnie kierowca, jestem u celu, czyli w Ankarze, autobus znika, jest ciemno i zimno, wielki terminal autobusowy. Każdy spotkany Turek sprzedaje bilety i trochę trudno sie dogadać, w ktą stronę mam jechac, ale łapię coś i jadę do Stambułu, gdzie wysiadam przed południem w okolicach Haydarpasa. Promem do Europy, szybki obiad u Albańczyka, robię ostatnie zapasy żywnościowe; jadę kolejką dookoła złotego rogu i dalej, do końca.
Miejsce wygląda na całkiem niezłe pod kontem złapania czegoś do Kapikule. Tuż obok dworca są magazyny, zbiegają się gwiaździście trzy ulice i wszędzie długimi kolejkami pełzają TIRy. Zaczynem się rozglądać po tabliach rejestracyjnych, a nuż jakis Polak, z jadącego w przeciwnym kierunku minibusa wychyla się Turek i sygnały daje, nie wiem o co chodzi, więc pytam "Kapikule?". Facet macha ręką, wsiadać, wsiadać, trochę ciasno bo akurat mija duża scania, ale gość popędza, wskakuję do kabiny i skręcająca scania zachacza o krawędź drzwi, wyginając je na zawiasie. Słabo, przeczuwam drakę za prawie urwane drzwi, kierowca sięjednak nie przejmuje. Jadę znimi aż do Lumburgaz, gdzie niestety wysiadam - i to nawet nie na autostradzie. Przez kolejną godzinę głównie maszeruję, dwóch elektromonterów w Citroenie C2 zatrzymuje się. Pełni entuzjazmu wypytują skąd to i dokąd to, a potem... trąbią na jadącego przed nami Francuza, a kiedy zatrzymuje się, przekonują gościa, bym z nim jechał. Facet jest totalnie zaskoczony i zmienia zdanie, że niby tylko do Edirne jedzie. Technicy końcą przy zepsutym walcu, skąd bez problemu docieram do granicy.
Ponad godzine zajmuje spacer wzdłuż kolejki, gigantyczny tłum wracających z wakacji. Ostatnią bramkę pokonuję po już po 22:00, marzy mi się wygodny całonocny transpoert z noclegiem, ale los przezacza rzęcha totalnego, z siedzeniami jak od traktora i średnią przelotową 60km/h. Facet, sympatyczny staruszek, jedzie tylko do Razgradu, zadupia dobre 50 kilometrów przed granicą, wsiadam, zasypiam.