(40), przez Turcję
Środa, 31/08/2005, przez Turcję (40)
Budzę się koło siódmej rano, piękny chłodny poranek. Rozkładam sobie kanapki na karimacie, gotuję herbatę. W połowie śniadania obok ciężarówka wysadza pierwszych roboli. Palą szlugi, niespiesznie kręca się, więc nie afiszuję się ze swoją obecnością, dopiero kiedy kierowca walca wspina się do góry po drabicne, otwieram drzwi i witam go polskkm "dzień dobry", częstuję kanapką. Facet bardzo przeprasza za przerwę w śniadaniu, spokojnie kończę śniadanie i kwadrans później zaspany kierowca ciężarówki z gazem zbiera mnie do najbliższego miasteczka. Pijemy razem herbatę, potem w sklepie obok uzupełbniam zapasy pomidorów i cocacoli. Sprzedawca z własnej inicjatywy pakuje w gazetę sporą szczyptę soli. Kolejny pojazd zatrzymuje się niemal natychmiast, karetka pogotowia wraca z serwisu. Robię z nim większy kawalek, 300km, ale to koniec mojego szczęścia. Wysiadam w środku większego miasta, którego nazwy nie pomnę i długom bezcelowo stopuję. Nie wiem, co jest grane, czuję się jak niewidzialny dla kierowców. Dobija południe, kiedy facet w waciaku próbuje konwersowac ze mną po Turecku, nagle podnosi rękę i jak zaczarowana pierwsza ciężarówka zatrzymuej się, kierowca zamienia dwa zdania z waciakiem i jadę. Znów tylko kawałek, więcej stoję niż jadę, skaczę odcinki po 30km, męczące. Około 17 zbiera mnie traktor, to już przegięcie, jadę na błotniku ze srednią prędkością 25km/h przez kolejne dwie godziny. Z płucami pełnymi pyłu wzniecanego przez mijające nas bezszelestne rejsowe autobusy Volvo z tabliczką "Istambuł", "Ankara" bądź "Edirne" kończę w malutkiej wiosce, kojarzącej się z meksykańskimi westernami, wymarłe uliczki, drewniane trotuary, biały kościół z dzwonnicą, miejscowy pijaczek o pomarszczonej ciemnej skórze, fontanna z pitną wodą. Słońce chyli się ku zachodowi, potem zachodzi, zapada zmrok, ruch prawie zerowy, jeśli nie wliczać w to autobusów.
Zbliza się już północ, więc albo czas znaleźć nocleg, albo spróbować szczęścia z autobusami, o dziwo pierwszy z brzegu zatrzymuje się. Bezczelnie zaczynam rozmowę prezetnacji portfela, zawierającego li tylko jeden 10lirowy banknot. Kierowca gestem wyprasza mnie z autobusu, ale kiedy bez słowa odwracam się i wychodzę, woła kogoś. Chwilę trwa, zanim pojawia się może 14-letni chłopiec, tylko on jeden tu mówi po angielsku i tłumaczy rozmowę z kierowcą, jak się okazuje - jego ojcem. Starszy pan dziwi się, jak to być może, mieć tylko 10lirów i liczyć na powrót do Polski, to przecież bez sensu, tak się nie robi, sam dojazd do Stambułu stąd kosztuje 40, ale w ramach pomocy szaleńcom zawiezie mnie na 25. Grzecznie acz stanowczo odmiawiam, dzieciak wskakuje, drzwi zamykają się, autobus rusza, zatrzymuje się, otwiera drzwi i mały woła mnie. Dowiaduję sie, że jego ojcic robi to dziś absolutnie wyjątkowo i więcej mam na to nie liczyć, ale za tą dychę dojadę do Stambułu. Lokuję się w czystym klimatyzowanym, pluszowym wnętrzu na samym tyle i gadam z dzieciakiem. Zaskoczony dowiaduję sie, że wie gdzie jest Polska i że stolicą jest Warszawa - szybko sprawa się wyjaśnia, ma tam "girlfriend" z czata o ksywie Elwira.
Po północy dłuższa przerwa, pora na posiłek. Nie wypada mi zakupić nic w restauracji, wszak wszyscy widzieli mój pusty portfel. Więc kręcę się koło autobusu. Jeden z Turków pyta mnie "Where are You from?", więc odpowiadam "Polska", na co on "gdzie jedziesz?" z dzwinym akcentem, więc "do domu", a on nie zrażony dalej "do domu, to znaczy gdzie? nie do końca rozumiem". Chwilę później poznałem jego żonę Monikę a on zniknął, by powrócić za chwilę z tacą pełnąjedzenia, baklawy i herbaty. Oboje mieszkają i pracują w Paryżu, właśnie wracają z urlopu. Fajnie tak z Turkiem po polsku porozmawiać. Objedzony jak bąk zasypiam w miękkim fotelu, by się nad ranem obudzić w Ankarze.