(37) Turcja
Niedziela, 28/08/2005, Maku -> Gurgulak -> Van (37)
Maku, ostatnia mieścina po stronie Irańskiej, wąska wysoka dolina o pomarańczowo zabarwionych skałąch, jesteśmy tam tuż po wschodzi słońca. Współpasażerowi bardzo mili, pytają czy wiemy, jak dalej jechać itp. Odpędzamy taksówkarzy i idziemy do centrum wsi, które ma być niedaleko, ale okazuje się całkiem daleko. Sonia i Dymitrij spiesza za potrzebą, ale o tej porze wszystko jest pozamykane, poza piekarnią. Młody chłopak lepi i wypieka czapati, nie ma nic przeciw skorzystaniu z jego WC, na dorgę obdziela nas chlebkiem. Idziemy a centrum nie widać, wobec czego machamy na pierwszy mijający nas samochód, tak, za parę groszy podwiezie nas do granicy. Po drodze ostatni posterunek wojskowy i ostatnia lotna kontrola. Na miejscu przedzieramy się przez tłum waluciarzy (oni nigdy nie śpią), mijamy szlaban i dalej łapiemy na stopa jakieś auto, do celnikó jest ze 3 kilometry. Na miejscu gość burzy się, że nas za darmo wiózł, ale i tak nie dostaje ani grosza, mógł mówić wcześniej.
Przed nami Europa! Siadamy w knajpce, mój żołądek powoli wraca do normy, w końcu odważam się zjeść cokolwiek. Bułgarzy wydają resztę swoich riali, za niewiele więcej niż dolara kupują masę ciastek, czekoladek, batonikó, chrupek i słodyczy. Popijamy herbatę, nie spieszy nam się - po drugiej stronie granicy rozstajemy się. Wszyscy chcemy jak najszybciej przejechac przez Turcję i liczymy na TIRa do Stambułu, we trójkę nie ma sensu łapać stopa. Zbliża się dziweiąta rano, koniec tego dobrego, czas dalej w drogę. Granica mocno zbiurokratyzowana, ale nam odbija palma, mamy ogólną głupawkę i śmiechawkę, co udziela się również celnikom, szybko przepuszczają nas. Przed nami góra Ararat. Pamiątkowe zdjęcie i spokojnie czekamy na ciężarówki, będą kursować za godzinę.

Pierwszy TIR zabierze tyko jedną osobę, więc jadę do pobliskiego Gurgulaku wypłacić coś z bankomatu, cała moja gotówka to jednodolarowy banknot i... 500 rupii indyjskich, które zaplątało się w dowód osobisty. Długi marsz z plecakiem bo przydkim miasteczku i nagle jestem bogaty! Zakupy: ekmek, ColaTurka, pomidory i wracam na obżerza miasta. Perspektywy smętne, coś nie widać wzmożonego ruchu drogowego, w końcu niedziela gdzieś na krańcach cywilizacji, głównie płątne busy do kolejnego miasteczka, ale jednak mam szczęscie - pierwszy napotkany TIR zatrzymuje się, niestety jedzie nad jezioro Van i dalej na południowy zachód do Antalii. Wprawdzie nie po drodze, ale szybko zmieniam plany, kierowca pochodzi z Kirgistanu i z języków obcych zna głównie Turecki. Wspinamy się ostrym podjazdem, mijamy kilka okopanych czołgów i działa przykryte siatką maskującą i dalej toczymy się po spalonym słońcem płaskowyżu. Widoki są piękne, kierowca pomstuje na Irańczyków - na granicy przeglądali wszystkie jego płyty cd z mp3 w poszukiwaniu pornografi ;-)
Postój z herbatą, okazuje się, że jedziemy kawalkadą sześciu TIRów i dalej w drogę. Docieramy nad Van, wygląda jak morze, po horyzont, przy drodze dwóch długowłosych z lecakami łąpie stopa, macham do nich, powodzenia. Popołudniu drugi postój, kierowcy zbierają się na posiłek, z jednej kabiny wyskakuje tamtych dwóch, skąd jesteście? Czechy! Siedzimy, gadamy, chłopaki jadą do Tadvanu i stamtąd dolmuszem (busem) do wnętrza krateru Nemrut, w środku jest pięć jezior, można obozować i pływać. Dołączam zatem do nich, przekłądamy plecaki do jednego TIRa, uzgadniamy z kierowcami, by nas wysadzili w jednym miejscu i jedziemy.
W Tadvanie wysiadamy na stacji na skraju miasta, jest piąta popołudniu, łapiemy autobus do centrum. W środku przysiada się jakoś koleś i wyciąga łapę: "Good morning, I'm socialist", witamy się: "nice to meet You, I'm a turist". Na miejscu szukamy dolmusza, niestety jest tylko jeden i to za 40 lirów, coś jakby 100PLN, po minionych krajach taka suma ścina z nóg, ale gość jest nieugięty, a o tej porze nikt już nas na szczyt nie zawiezie, więc trudno, kupujemy jeszcze dwa wielkie arbuzyi jedziemy.
Nieśmiertelny, choć przechodzony ford transit wspina się serpentyną na grań wulkanu i potem w dół, do środka. Kierowca obiecuje darmowy camping, darmowy powrót i zasypuje nas szczegółami technicznymi, krater ma 8 kilometrów średnicy, grań sięga 3500mnpm. Wysiadamy nad jednym z jezior, podobno tym ciepłym, uzgadaniamy powrót jutro, przy brzegu duży namiot, w nim stary Kurd sprzedaje herbatę i ciastka, stoliki a przy nich kilkoro Izraelitów. Kawałek dalej rozbijamy się i idziemy pływać, woda jest lodowata a słońce zachodzi tu wcześniej za krawędzią góry, niemniej jednak jest bosko, pierwsza kąpiel od wyjazdu z Indii. Potem ruszamy nazbierać drewna, wyzwanie, jedyna roślinność to suche trawy i niskie karłowate krzaki. Czesi są zajebiści, pełni energii, gadamy każdy w swoim języku, nawzajem się nabijamy z siebie, "brutalni zimna woda" a gastrofaza to "żrawka". Na ognisku w menażce gotujemy zupę a potem turecki czaj, dużo, dużo czaju. Pięknie rozgwieżdżone niebo.
