CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(35) ...dalej w drodze - Iran...

25 sierpnia 2005 Indie 2005

Piątek, 26/08/2005, Mjarveh (35)

Jeszcze ciemno za oknami, kiedy autobus zatrzymuje się, ktoś podaje z dachu nasze plecaki, współpasażerowi gdzieś znikają, zapoznany Pakistańczyk informuje: to już prawie granica, ale i on gdzieś znika. Rozgardiasz cichnie, autobus odjeżdża i jesteśmy niemal sami przed jakimś budynkiem, gruby facet zamyka toalety na klucz i informuje, że nas nie wpuści. Taksówkarz informuje, że do granicy jest kilka łądnych kilometrów i powoli negocjujemy cenę z 300 rupii do 50, nieźle - dolar do podziału na trzy osoby. Bułgarzy w kabinie, ja na pace pickupa, kamienista droga, gwiazdy, jedziemy bez świateł, cienie zabudowań migoczą. Zatrzymuje się zupełnie nigdzie i mówi, że to już tu, a może to już tu, bo złapał gumę? Tak czy inaczej, inkasuje swojego dolara i zajmuje się wymianą koła, my brniemy przez piasek we wskazanym kierunku. Otoczenie przypomina troszkę planszę CounterStrike, docieramy do przejścia, mur i metalowa brama, na nim coś napisane, ale za ciemno jest. ROzkłądamy się pod zadaszeniem budynku obok i zasypiamy na karimatach.

Budzą nas jakieś głosy, jest dziewąta rano, chłód nocy ustąpił miejsca słońcu, które rozpala piasek i powietrze mimo wczesnej pory. Jesteśmy jedynymi turystami, oprócz nas baby z torbami i konie z plikami waluty. Przejście podobno otwierają o 10:00, ale ruch zaczyna się wcześniej. Kolejka, podpis w ksiażce, kolejna kolejka, kolejny zeszyt do podpisania, kolejka i pieczątka w paszporcie. Przekarczamy bramę, napis głosi "carrying drugs is an insult punished by death", dalej kolejne kontrole, aż zostajemy wypluci z drugiej strony zabudowań. Nieugięcie negocjujemy taksówkę do Zahedanu, za niecałe 2$ od osoby żółte daweoo ciello wiezie nas przez pustynię, tablice "drive right side" na poboczu.

Kilka samochodów pancernych, żołnierze - zatrzymują taksówki, ustawiają w szeregu, każą wyjąć bagaże i stanąć daleko do auta i plecaków. Mundurowy z psem obwąchuje pojazdy i bety. Pakujemy się i jazda dalej. W zahedanie elegancki, nowoczesny dworzec autobusowy, tutaj bilety na sutobus sprzedje multum małych firm, każda ma własne ceny. Dużo wstrząsania powietrza, dużo słów o niczym, zanim ustali się cena, pozostaje tylko zapłacić, niestety nikt nie przyjmuje dolarów z datą poniżej roku 2000. Ani nimi zapłacić, ani wymienić, są bezwartościowe. O bankomacie nikt nie słyszał, czyżby groziło mi utknięcie na tym zadupiu? Męcze koników, udaje się wymienić po złodziejskim kursie. Szybki posiłem, paskudny kurczak z bezsmakowym ryżem, pierwszy i ostatni posiłek w tym kraju, będzie mnie straszył jeszcze długo. Autobus - nowy mercedes, klimatyzacja, bezszelestnie sunie po idealnie gładkich autostradach przez pustynie. Co kilka godzin wojsko fiska skrupulatnie w poszukiwaniu narkopstryków, norma. Południe, popołudnie, wieczór, noc, kilometry mijają.

(34) ...w drodze
(36) dla odmiany - Iran zachodni