(33) Pakistan
Środa, 24/08/2005, Lahore-> Quetta (33)
Budzi mnie łomot do drzwi, półprzytomny zbieram się i po ceremonialem negocjowania ceny rikszą jedziemy na dworzec autobosuwy. Tam konsternacja, żywego ducha, przed naszym autobusem łóżko, na nim jegomość zawinięty w pledy śpi. Tarmosimy go aż wstaje - mimo bariery językowej jego przekaz jest jasny, zmieniła się pora odjazdu autobusu z 6 rano na 6 wieczorem - i to jest najbliższy kurs. Wracamy na dwrozec kolejowy, w okienku kasowym bileter informuje uprzejmie, że wszystki bilety na pociąg o 11:00 są wyprzedane. Nawet nie chcemy słuchać, kiedy jest następny, we trójkę miotamy głośno gromy na jego niekompetencje. O dziwo metoda skuteczna, gość przerpasza za swoją niekompetencję, zamienia się na miejsca ze swoim sąsiadem, ten przeprasza za niekompetencję kolegi i... sprzedaje nam trzy miejscówki na 11:00, na naszych twarzach bezbrzeżne zdumienie. Zachęceni sukcesem, wściekle negocjujemy cenę... i spada ona o 30%.
Lokujemy się na sporym skwerze, w cieniu drzewa, słońce ledwo nad horyzontem, ale grzeje konktretnie. Obok nas gromadzą się obserwatorzy, w grupce. Jedno stoją, inni siedzą, wszscy bez emocji welpiają w nas gały. Idę na śniadanie, jajka sadzone, jakiś produkt mleczny i pyszny czapati. Wracam do Bułgarów, obserwuje nas już bez mała trzydziestu autochtonów. Naiwnie myślimy, że ich przeczekamy. Raz na jakiś czas któryś podchodzi z papierosem, albo pyta czy lubimy herbatę. Odpowiedź negująca i przynosi nam po zimnej coli na swój koszt. Za każdym razem. Skończyłem "lód", z ulga wracam do "neuromancera". Przegania nas policjant, musimy siąść 20 metrów dalej, gromada autochtonów za nami. Szukam internetu, jest jakaś kafejka, dziesięc komputerów na jednym modemie, dial-in, google.com ładuje się dziesięć minut. Wołam ciecia, pokazuję mu, że nie działa. Facet ze zrozumieniem kiwa głową, zaraz to naprawi, wyciąga z portfela pomiętą kartkę i wpisuje: start -> uruchom -> cmd -> cd .. -> dir -> reset na obudowie i z uśmiechem zaprasza: naprawione, teraz będzie działać. Rezygnuję, następny internet będzie dopiero w stambule. Wracam; jakiś młody koleś chce nawiązać kontakt elektorniczny z Polską, pyta mnie o moje YahooID. Mówię, że nie używam tego, ale mogę mu maila zostawić. Nie mieści mu się w głowie, jak my się komunikujemy nie mając YahooID?
Na dworcu lekkie zamieszanie, każdy nas gdzieś za parę groszy zaprowadzi, ale w końcu logujemy się we właściwym pociągu. Sam wagon podobny do tego w Indiach, ale mniej miejsca, tylko dwie prycze jedna nad drugą, bardziej zatłoczony. Od sprzedawcy przez okno kupujemy kartonowe pudełko z czymś do jedzenia w środku. Zaczyna się atak majfrendów: każdy, absolutnie każdy musi zadać jedno z sakramentalnych pytań: "which country?" "Your country?" "What is Your name?". Kolejne dni to niekończące sypiące się pytania z każdej strony, współtowarzysze podróży, konduktorzy, sprzedawcy, przechodnie, wzorem Tomka odpowiadam z biegu: Grzegorz Brzęczyszczykiewicz ze Szczebrzeszyna, ale po godzinie już mnie to nie bawi. Mija południe, potem popołudnie, wieczór, zapada noc.
