(30) Going back
Niedziela, 21/08/2005, Kassol (30)
Poranny omlet w towarzystwie dwóch Izraeli, jeden w podkuszulku NIN, wesoło podśpiewują Alice In Chains oraz Bodycount napełniając poranny chillum. Potem dołączają wczorajsi Francuzi, mniej więcej wiedzą gdzie jest Polska, bo byli stopem w Pradze. Znowu marsz z pełnym plecakiem, w Bhuntar lokuję się na dachu autobusu, powoli przestrzeń wypełnia się Izraelitami. Imprezka zaczyna się na długo przed odjazdem. Dołącza konduktor, ale tylko w celach biletowych. Droga na dół jest rewelacyjna, raz na jakiś czas gałęzie przeciągają gapiowatych po głowach, autobus czasem bierze zakręt na dwa razy.
W Kassol w biurze podróży dowiaduję się, że mam bezpośredni autobus do Armitsaru dopiero o 16:30. Szukam Krzyśka i Tomka - niestety hotel opuścili dziś rano w kierunku Riszikeszu i źródeł Gangesu. Obiad, potem swap library i nabywam "Neuromancera" za jedyne cztery dolary.

Do odjazdu jeszcze sporo czasu, więc lokuję się na poduszkach, wokół kilka osób pochylonych nad ksiązkami z hebrajskimi literami na okładce. MiniDiscMan i kilka minidisców w pudełku, muzyka trochę przypomina "Tatę Kazika" z Tel-Avivu, kadzidełka, bibułki, "mixing bowl" i krążące jointy. Gibson narazie idzie do plecaka, będzie na potem, nie chcę za szybko przeczytać. "Na skrzydłach orłów" będzie dobre tu i teraz, niedługo będę wszak w Teheranie.
Godzinę przed odjazdem idę czatować na autobus, just in case, i kontroluję przejeżdżające autobusy na długo przed terminem, wszystkie są opisane po Indyjsku, więc trzeba pytać kierowców. Gdzieś w tłumie mignęła Lidia, szok - chyba jednak nikt nie wierzył, że w końcu McLeod Ganj opuści. Nietypowa kobieta. Po godzinie 16:30 nagabywani o autobus do Armitsaru odpowiadają najpierw "sure", potem "yes, a little bit late, but shure, will come". Z czasem odpowiedzi przechodzą w "tomorrow ad 4pm". Że nie przyjechał? wzruszenie ramionami, może coś mu wypadło. Trochę zły, że dzień opóźnienia, a czasu mało, ale szybko się przestawiam, może właśnie tak powinno być.
Skoro mam 24 godziny dane przez bogów, to je wykorzystam do granic. Zatem do swap library i wypożyczam Folleta, "Neuromancer" może poczekać, na deser. W monopolowym zapas piwa i kieruję się do hotelu, pech - jacyś francuzi zajęli wszystkie pokoje z widokiem na góry, został tylko ten ze ścianą łazienek zaraz za szybą. Bagabuję zatem bossa, jest jeden malutki pokój z drugiej strony, idziemy obejżeć - bomba! Południowo-zachodni narożny pokój, bardzo słoneczny, pierwsze piętro z osobnymi drewnianymi schodami, a idzie się tam przez pole kukurydzy, solidnie wzbogacanej indyjskimi konopiami. Resztę dnia prażę się na słońcu na schodzach, boy na miejscu przyrządza czaj, miętową herbatę, lassi, dysponuje zapasem cocacoli, z pobliskiej restauracji przynosi co tylko zamówię, bez specjalnej marży. Całe szczęście, że autobus dziś nie przyjechał.