CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(27) Time to go

18 sierpnia 2005 Indie 2005

Czwartek, 18/08/2005, Kassol -> Manikaran -> Bershani -> Pulga (27)

Budzę się dość wczesnie, Tomek i Krzysiek jeszcze śpią. Grunt mi się pali pod nogami, 15 sierpnia miałem w planie być na granicy Pakistanu, ale nie chcę za wczesnie opuścić Indii. Dalej, dalej w góry... a oni śpią. Zatem na sniadanie placek ziemniaczany z kaśnym mlekiem. Łamię się nad zakupem jakiejść książki, ale o tej porze swap library śpi. Wracam do hotelu a oni dalej śpią, a potem rozpisują resztę wyjazdu. Zatem ruszam, umawiamy się na spotkanie w Pink Floyd Guest House lub wiadomość u Romana. Roman to Francuz, którego Tomek spotkał wcześniej, a wczoraj drugi raz mignął w tłumie wczoraj. Na wszelki wypadek zabieram Tomkowi "No Logo", pokusa czytania przezwycięża.

Autobus do Manikaran, droga idzie dalej zboczem, ktoś wskazuje kamień przydrożny pełniący funkcję przystanku autobusowego. Po drugiej stronie roboty drogowe, trzech inżynierów pod krawatami i w lakierkach pali betel i gawędzi, a w rowie niżej osiem kobiet kopie kamienista ziemię kilofami. Wzbudzam małą sensację, to musi być dla nich śmiertelnie nudna robota, wypytują o wszystko, jeden koniecznie chce wymienic zapalniczkę na mój zegarek, autobus do Bershani ma być za kwadrans, ale radza złapać stopa. Niestety wszystkie jeepy pnące się do góry cenią się wysoko jak na tutejsze ceny, dwa dolary za 30 kilometrów?! Spławiam ich, a autobus wiecznie "ma przyjechac za kwadrans". Ja czas mam.

Mój czas płynie wolno, bezruch, słońce u zenitu, przyjemne gorąco. Inżynierowie z budowy po drugiej stronie wołają mnie, zatrzymał się przy nich kolega, jedzie do Bershani i akurat ma wolne miejsce. I to za darmo. Tylko, że on jedzie czymś nieco wiekszym od naszej motorynki. Takiej okazji nie można stracić, więc zasiadam. Tylke koło zapasowe blokuje mozliwość usadzenia plecaka za sobą, więc jade niczym szalony jockey, kolanami ściskam siedzenie, a rekami trzymam za sobą plecak. Motorynka czasem gubi poślizg, ale po niecałej godzinie jestem na górze.

Dolina jest tu szersza, Bershani to kilka domków na krzyż i betonowe paskudztwo na dole, buduje się tu elektrownia, ciężarówki pełzają błotnistymi serpentynami, beton i destroika dookoła. Nareszcie się przyda moja mapa trekkingowa, pytam o kierunek na Pulge i przeprawiam się na drugą stronę na przyczepie traktora, jakieś dwa - trzy kilometry. Dalej już tylko ścieżka, krótkie strome podejście i mała osada baraków z blachy falistej. Dalej stromo w górę i kiedy pot zalewa oczy, docieram do małej chatki, przed nią lina na druga stronę i koszyk na niej do przewożenia prowiantu droga powietrzną. Idzie atuchton, wypytuję go o Pulgę i porównuję odpowiedzi z mapą. Wychodzi na to, że facet mieszka tu bez mała trzydzieści lat, a nie zna wogóle rozkładu wiosek ;-) Kierując się mapą trafiam w koszmarne chaszcze a w nich mała chata z bali. W niej kilku westmanów pali chillum, ale wskazują Pulgę, można wrócić do Bershani albo pójść skrótem. Wybieram to drugie i po chwili szeroka scieżka zamienia się w wąską ścieżynkę prowadząca przez pole kukurydzy, a kilka minut później brnę na oślep przez pole konopi wyższe odemnie dobry metr. Jak mnie tu złapie ta słynna narkotykowa mafia... co ja im powiem, jak się wytłumaczę z obecnoci w środku pola marihuany, że przypadkiem tu zabładziłem? Akurat. Brnę dalej i w końcu cierpliwość oraz wytrwałość zostają nagrodzone. Przedemną dachy wsi, chyba jestem u celu... nie, wróc! Dzieli mnie od nich dzikie spadziste zbocze porośnięte kolczastym badziewiem.

Dwie godziny później podrapany, zabłocony i nieludzko zmęczony przedzieraniem się przez krzaki z ciężkim plecakiem wracam do miejsca, gdzie spotkałem autochtona. Ruszam w kierunku wskazanym wcześniej... i kwadrans później jestem w Puldze. Pogoda się załamała, grube krople deszczu, drewniane chatki, zielono... i wszedzie rosną konopie. Co kogoś spotkam, to akurat jego ojciec posiada najlepszy charas. W końcu znajduję Pink Floyd Guest House, fajny drewniany piętrowy budynek. W recepcji przy świecach i fajce wodnej dwóch nastolatków, jak się później okazuje, to bossowie tego przybytku. Specyficzna konstrukcja, do mojego pokoju idzie się po schodach, naprzeciw... Roman i jakaś dwójka, butelka whiskey i popielniczka typu "jeż". Mam pokój naprzeciw, zagaduję co dobrego? Roman wylicza na palcach: whiskey, cocacola, charas i opium. Zatem do zobaczenia później.

Lokalizacja jest bardzo przyjemna, niski ale w miarę czysty pokoik, widok na dolinę, obok pod zadaszeniem siedzą ludzie, lulki pala i na gotarze grają, obok jadłodajnia, jak się okazuje - jedyna tu. Śmieszne miesjce, wydawać pieniądze można tylko na jedzenei i hotel. No i charas, którym tu chyba wszyscy żyją. Najpierw prysznic, ciemne drewniane pomieszczenie i wiadro zimnej wody. Idę ku dźwiekom gitary, wiata ocienia materace, yogapoduszki i niskie stoliki. Jakieś fatum, ledwo siadam z nimi, wszyscy wychodzą - oprócz gitarzysty. Chwilę gadamy, odkłada gitarę, czas na popołudniową Yoge, może mam ochotę się przyłączyć. Bardziej niż napewno, o Yodze wiem tyle, że jest. Deszcze znika, sońce nieśmiał przebija przez chmury.

Idziemy wąskimi przejściami pomiędzy niskimi chatami nieco w górę, tam jeden z domów ma coś w rodzaju tarasu dookoła na wysokości pierwszego piętra. Wszystko drewniane, chata kryta dachówkami, normalnie ładne miejsce. Izraelita gitarzysta spoczywa w hamaku, za chwilę pojawia się jakaś laska, zaskoczenie - to ona jest mistrzem Yogi. Po krótkim wstępie teoretycznym - "Yoga to Droga" - ja i instruktorka wyginamy śmiało ciało, kolejne asany. Ta pierwsza lekcja będzie zarazem ostatnią, jutro Mistrz(yni) rusza dalej w świat.

Głodny jak smok wracam coś zjeść, do stołu dosiada się inny Izraeli, wiek około 35 ale sympatycznie mu z twarzy patrzy. Potrawy zamawia się w okienku niskiej chaty tuż obok, stojący przedemna Izraelita zamawia: "One Cola and One Tola". Sprzedawca: "which charas?", Izraeli: "cream", sprzedawca podaje butelkę, spod stołu wyciąga wage elektroniczną bateryjną i skrupulatnie waży dziesięc gramów haszyszu. Życie.

Wracam do stolika, kiedy podają potrawy okazuje się, że izraeli zamówił to samo co ja, jakąś pysznie przyrządzona odmianę soczewicy, zaczynamy rozmawiać. Po posiłku przesiadamy się na materace i dalej gawędzimy, gość całkiem ciekawie wspomina Izrael i swoje podróże. Bajeczny zachód słońca. Po zmroku schodza się tu westmani, palą, palą, palą i palą. nadciąga Roman, jego znajomi to brytyjczycy, Kaleb i Julia, skończyła się whiskey. Wypalają kilka kolejek opium z minibonga, Roman chwali: "good stuff, very cheap, just dubles the prize of charas". Julia i Kaleb odpływają, a Roman chyba juz osiągnął stan, w którym nic go nie ruszy. Ciekawe ma zycie,jego ojciec obsługuje korespondecję dyplomatyczną, co trzy lata wybiera kolejny kraj, całe życie w drodze. Za rok albo ameryka łacińska, a może Laos? Tyle różnych ludzi, tyle żywotów, tyle dróg przez życie... a rozgwieżdżona niebo nad nami. Dziwne miejsce, prądu nie było ostatni kilka dni, komórki łapią zasięg 30 kilometrów dalej, ciepła woda to gotowana woda... i nikomu to nei przeszkadza.

(26) The Sky Above Port Was The Color of Television tuned to a dead station.
(28) Kheerganga