CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(17) Shimla - dzień pierwszy i ostatni

8 sierpnia 2005 Indie 2005

Poniedziałek, 08/08/2005. Shimla (17)

Około szóstej z ulga opuszczam obrzydliwy pociąg w małej miejscowości Kalka. Już czuć inny klimat, w tle za budynkami stacji widać góry. Jest czysto, rześko i piękny wschód słońca. Tutaj przesiadka w wąskotorówkę, do Shimli zostało 60 kilometrów i jakoś nie chce nam się wierzyć w zapewnienia miejscowych, ze sześć godzin to minimum. Śniadanie w postacji czaju oraz herbatników. Żebraczka prosi o dorbne, pokazuje gestem, że nie ma co jest, więc dostaje 1/3 herbatników. Bez słowa chowa do kieszeni i dalej nalega na gotówkę, długo się nie zniechęca. Potem spotykam ją, kiedy kupuje herbatę - spokojnie płąci i znowu za nami chodzi, uwalniamy się od niej wsiadając do anszego pociągu. Miniwagony z przedszkolnymi krzesłąmi, 10 osób na wagon, oprócz nas siedzi trzech pomarańczowych kapłanów, trzech sadhu oraz kilku miejscowych. Brajan wypatruje sprzedawcę omletów i kupujemy po jednym, ciepłe i zawinięte w folię alumoiniową. Mnisi zapraszają nas do sojego klasztoru "Shir Mander", niestety nie jest na dane odwiedzić ich. Cały skład powoli pnie się serpentynami w górę, często zatrzymując na miniaturowych stacjach. Większość podróżnych wysypuje się wtedy na peron, kupują coś do picia, palą swój betel, rozprostowują kości, a pogoda z każdą chwilą ładniejsza. Mijamy Solan Brewery, jedne źródła uznają go za najstarszy Indyjski browar, inne - za najwyżej położony na świecie. Droga dłuży się, miejscowi zagadują, jednak ich angielski jest szczątkowy. Koniecznie chcą wymienić się numerami telefonó, potem jeden z nich z entuzjazmem i dumą prezentuje wdzięki Cindy Crawford na swojej Nokii (następny raz coś takiego widze w kiblu na AGH, gdzie studenci kontemplują kolorowe wyświetlacze telefonów paląc szlugi).

Shimla to małe miasteczko, położone mniej więcej na wysokości 2000nmpm, letnia stolica Brytyjczyków w Indiach. Gdy monsun nawiedzał Delhi, śmietanka wypoczywałą w górach. Miejsce jest przyjemne i posiada specyficzny klimat. Po drodze wybraliśmy z pomocą Lonley Planet tani i miły pensjonat - "Young Woman's Christian Association". Okazuje się, że w Shimli wszędzie jest stromo pod górę, więc na miejsce docieramy ostatkiem sił. Dystyngowna starsza pani wzywa boya, prezentacja pokoju jednak wypada fatalnie: nie ma prysznica, nie ma wody, nie ma wogóle wody(!), pokój śmierdzi stęchlizną a zamiast Yong Women są do dyspozycji jedynie stare skwaw dziergające na drutach, natomiast cena za pokój jest dość mocno wygórowana. Zbieramy się z tego miejsca pędęm. Zapoznaje nas jakiś autochton, zupełnie nie wiedzieć czemu wybieramy jego ofertę i zupełnie nieźle na tym wychodzimy, za niewielkie pieniądze mamy fajny pokój z widokiem. Wszystkie okna i drzwi zakratowane są, a po dachach, rynnach, drzewach i nie tylko śmigają małpy. Podobno kroją każdą rzecz, która nie jest zakratowana lub przywiązana. Po obiedzie szwędamy się tu i tam, a potem rozstawiamy na balkonie dwa fotele i łotamy whiskey z colą, symaptycznie wchodzi z glinianych kubeczków. Widoki piękne, dynamiczne chmury i słońce przeplatają sie, a w nocy wygląd doliny u naszych stóp zmienia się z każdą chwilą. Gadamy, pijemy, gadamy...

Chyba odzwyczaiłem się od alkoholu - po drugim kubeczku już czuję zmianę rzeczywistości, a Braian jak gdyby nigdy nic, wstyd mi. Potem mnie juz bardziej nie chwyta, a Braian się z czasem rozkręca. Kończy się flaszka, pół litra to mało. Rzucam pomysł, a może by browara? W centrum, czyli trzy minuty dalej jest sklep całodobowy. "Dwa browary proszę"; "Dwa?" dziwi się Braian; "dwa na głowę" - uzgadniamy. Potem szukamy fajnego miejsca na wypicie ich, podobno niedaleko jest małpia świątynia. Niedaleko to pojęcie prawie względne, idąc pod górę spociłem się jak mysz a na domiar złego prawie wytrzeźwiałem. Z góry widok mamy na zupełnie inne miejsca w Shimli i też jest pięknie.

(16) Dalej do Shimli
McLeod Ganj (18)