CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(16) Dalej do Shimli

7 sierpnia 2005 Indie 2005

Niedziela, 07/08/2005, Jaipur (16)

Po śniadaniu zostawiamy plecaki za kontuarem w recejpcji i bierzemy rikszę na dworzec. Kierowca na miejscu oferuje, że poczeka na nas i wogóle jakiś taki dziwny jest, wyjął ze skrytki pamiętnik ze wpisami turystów z całego świata, normalnie gość referencje zbiera. Z wyglądu nawet dość sympatyczy, z przodu ma tylko jednego zęba, który w dodatku zmienia położenie, raz do przodu wychylony, raz do tyłu - nietuznikowa twarz. Na dworcu wiele kas i tylko jedna obsługuje zarazem turystów oraz podróżnych niepełnosprawnych. Kolejka wlecze się niemiłosiernie, trzeba zdobyć jakiś blankiet i na tym świstku wpisać imię, nazwisko, wiek, cel i czas podróży. Dopiero wtedy urzędnik z drugiej strony informuje, czy są miejsca, kiedy pociąg jedzie itp. Mamy szczęście, zaledwie po godzinie mamy bilety w kieszeni, choć facet nie potrafił wpisać mojego nazwiska. Na bilecie figuruję jako Janusz N.

Jedziemy z Alim (nasz rikszarz) do stóp góry, potem w słońcu (a jednak, jest słońce w Indiach, choć straciłęm nadzieję) wędrujemy serpentyną pod górę. Pałac piękny, choć widoki już nie takie jak w Udajpurze. Ali znowu czekał na nas, szybki obiad w hotelu i spotykamy Szwajcarkę. Przedstawiamy ją Alemu, taki kierowca, to skarb.

Na dworcu konsternacja, pociąg jest, ale nie możemy się odnaleźć na listach pasażerów. W końcu sytuacja się wyjaśniła, zajmujemy miejsce i czekamy. Wolną godzinę wykorzystuję na wyprawę w kierunku monopolowego, o,5 whiskey o wdzięcznej nazwie "wybór majora"kosztuje tyle, co piwo, czyli niewiele ponad dwa dolary.

Pociąg jest sypialny, trzypiętrowy. W dzień na górnej pryczy zalega bagaż, sodkowa jest podniesiona, a na dolnej się siedzi. Na suficie, miejsce koło miejsca elektryczne wentylatory, pracują, gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. Brak prywatności zamkniętej kabiny z autobusu, ale hindusi są mili. Pociąg często się zatrzymuje, sprzedawcy herbaty, koli, różnego rodzaju przekąsek sprzedaję przez okna. Również w czasie jazdy zimne napoje, posiłki - kupujemy coś jak mieszanina ryżu z soczewizą, siekaną cebulą, soku z limonki i całość doprawiona na ostro. Sprzedawca w czasie jazdy sypie składniki na małą tackę, a nastepnie - niczym omlet - podrzuca do góry, aż się wymieszają, sztukmistrz z Lublina jak nic. Herbatę natomiast sprzedają w łądnych, jednorazowych kubeczkach z suszonej gliny, wyrzucone za okno biodegradują się. Braian jakoś nie pali się do rozpicia flaszki w pociągu, może to i racja, w Delhi będziemy mieli mało czasu na przesiadkę, a pociąg musi się spóźnić.

Faktycznie, spóźniamy się godzinę. do odjazdu następnego zostałe około 7 minut. Dworzec niesamowicie brudny i śmierdzący. Duszno i gorąco. Z obrzydzeniem biegamy w celu zakupu biletu, niestety bieganie nic nie dało, za późno, wszystkie bilety sprzedane. Mimo to idziemy od konduktora do konduktora, aż któryś sprzedaje nam bilet, doliczając 80% jak opłatę za zakup w pociągu. W środku syf godny jedynie kibla na przejściu granicznym z Ukrainą, a może nawet większy. Staramy się siedzieć, nie dotykając niczego, zapowiada się hardcorowa noc. Tabliczki "please chain Your luggage to avoid robbery". Z obrzydzeniem ukłądamy się na górnych łóżkach, na plecakach, nie myśleć, nie odczuwać, wyłączyć się, osiem godzin do rana jakoś minie.

Jaipur - <i>różowe</i> miasto (15)
(17) Shimla - dzień pierwszy i ostatni