CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(11) ...wracam do Manali...

13 sierpnia 2006 Indie 2006

Przez cały dzień jedziemy. W aucie panuje luźna, wesola amosfera, nakręca ją Izraelita. Podchodzi z dystansem do życia, ale pewne sprawy traktuje śmiertelnie poważnie, jak choćby kwestie swojego powrotu na wojnę czy cenę herbaty w przydrożnym namiocie. Razem z sadhu dysputują o religii, przekomarzają się. Auto podskakuje na wybojach, wszyscy walą głową w sufit i wybuchają śmiechem.

Kanglagang przekraczamy niczym starzy wyjazadcze, już nikt nie łapie powietrza jak ryba. Szczyt przełączy posrebrzony przymrozkiem, mijamy go o wschodzie słońca. Tego dnia robię wiele fajnych zdjęć typu "tu była droga, potem przepłynęła rzeka i zostało tylko błoto", ale wszystkie je zgubię mniej więcje za tydzień, razemz aparatem ;-) Końcówka to pięciogodzinny zjazd w dół moreny lodowcowej, z przełęczy Rhotang Manala. Aż trudno uwierzyć, że do widocznych w dole domów jedzie się pięćdziesięcio kilometrową serpentyną, aż zmrok zapadnie i zamiast domków widać dalekie światełka.

Na miejscu wysiadamy po ósmej wieczorem, jest ciemno, czuję się zmęczony niczym człowiek guma przepuszczony przez magiel. Dość długo szukam właściwego hotelu, miejscowi pytani o droge nie są pewni, czy chodzi o jeden z dwóch przybytków o tej samej nazwie, czy też o pobliską przełęcz. Niemniej jednak loguję się w uroczym hotelu, gdzieś na wzgórzu, siedząc na sedesie mogę rozmaiwać z przechodniami. Ewentualnie pomachać im ręką przez szybę, o ile okno jest zamknięte.

(10) powrót do Manali
(12) Manali